Queens Of The Stone Age
kto: Queens Of The Stone Age, CRX
W porównaniu z okresem licealno-studenckim, kiedy starałem się być dosłownie na każdym koncercie, dzisiejsze moje kontakty ze światem muzyki w wersji live określiłbym mianem minimalistycznych. To jest, zobaczyć zespół po raz pierwszy na żywo i mieć go już na zawsze odhaczonym. Jest jednak wąskie grono wykonawców, na których koncerty wybieram się zawsze gdy tylko pojawią się nad Wisłą. Wśród nich jest Queens Of The Stone Age.
Zanim jednak skonfrontowałem się z ekipą Josha Homme’a po raz trzeci, na nie-aż-tak-szczelnie-wypełnionym-jak-się-spodziewałem Torwarze wystąpił zespół CRX. Czyli side-project Nicka Valensiego z The Strokes, chociaż biorąc pod uwagę zapaść tych drugich – być może już główny projekt. Jako że wydawcą ich jedynego jak dotąd albumu jest mój pracodawca, sprawdziłem co mają w ofercie – przyjemne granie, najkrócej ujmując gdzieś w połowie drogi między The Strokes a QOTSA właśnie (za produkcję zresztą odpowiada Homme), ale bez większej historii. Z obietnicą jednakowoż, że w wersji live nabierze to większego wyrazu. Niestety było wręcz przeciwnie. Być może to niewdzięczna rola supportu, możliwe też że ludzie wciąż byli nie w sosie po przegranej z Senegalem – część publiki pojawiła się z patriotycznym ekwipunkiem. Przez te pół godziny koncertu miało się wrażenie, że wszyscy czekają na koniec – zarówno publika, jak i znudzony zespół, w pełni świadomy na kogo wszyscy czekają, czemu dał wyraz w kilku monologach. Nigdy nie byłem wielkim fanem The Strokes i nie wiem jak się tam rozkładają siły kompozytorskie, ale wiem jedno – Valensi bez kolegów brzmi jak amatorski zespół z Domu Kultury.
Pół godziny przerwy i punktualnie o 21.00 zaliczyliśmy przeskok z okręgówki do ligi mistrzów. Zastanawiałem się, jaką petardą QOTSA otworzy show – wszak zdążyli już takich „openerów” na albumach nazbierać, włącznie z najnowszym „Feet Don’t Fail Me”, któremu dawałem największe szanse. Tymczasem zaskoczenie, bo zaszczytu dostąpił „A Song For The Deaf”, idealny closer albumu z prawie tak samo zatytułowanego albumu. Jestem kupiony! Zaraz potem wrócili na szybkostrzelne tory z „Sick Sick Sick” i w końcu „Feet Don’t Fail Me”.
Początek setlisty nie dawał chwili wytchnienia na rozejrzenie się, ale spróbujmy ocenić sytuację. Scenografia? Wyłącznie neonowe słupki. Przed startem show, biorąc pod uwagę potężną grę świateł, zastanawiałem się na ile one są faktycznie potrzebne, jednak ich prawdziwe przeznaczenie objawiło się w trakcie koncertu. Jak się okazało, były one na tyle elastyczne, że bez trudu przyjmowały kolejne kopniaki od Homme’a, jak powszechnie wiadomo faceta przeładowanego testosteronem. Zresztą nie tylko jego, ale i reszty zespołu. Właśnie – wygląda na to, że wreszcie mamy do czynienia z optymalnym składem QOTSA, stabilnym od lat. Nawet jeśli troszkę łezka się kręci na wspomnienie Marka Lanegana czy nieodżałowanej Natashy Shneider. Ale robota Jona Theodore’a na perkusji – światowy top, zresztą miał okazję popisać się solówką w „No One Knows”.
Josh? Wiadomo, Boss. Ale pomijając te kopniaki w oświetlenie, chyba już spokojniejszy niż przed laty. Albo rzeczywiście ta Polska wyjątkowo mu się podoba, czemu nie omieszkał dać wyraz w dość długiej przemowie przed „If I Had A Tail” (jak sam ją określił – jego ulubiona piosenka). Zaczęło się od pochwały indywidualności, skończyło się na określeniem Warszawy mianem „Centrum Europy” (dosłownie i w przenośni). Oraz „jebaniem w dupę Szwajcarii”, ale to już humor sytuacyjny którego nie ma sensu przytaczać. Było oczywiście „Na Zdrowia!” przy popijaniu Napoju, powiało też małym niebezpieczeństwem gdy przy ostatnim numerze próbował rozhustać kolumny. No ale przy takiej energii…
Wróćmy do setlisty. Gdzieś po wspomnianym „No One Knows” sytuacja się uspokoiła, z czym zbiegło się nagromadzenie reprezentacji „… Licke Clockwork”, który jest moim najmniej ulubionym fragmentem dyskografii QOTSA. Nie cieszy też traktowanie po macoszemu dwóch pierwszych albumów – miło że odegrali takie rodzyneczki jak „You Can’t Quit Me Baby” czy „In The Fade” (ponoć debiut na tej trasie), ale na Boga, gdzie „Feel Good Hit Of The Summer”? Rockandrollowy rozpierdol reprezentował więc „You Think I Ain’t Worth A Dollar, But I Feel Like A Millioaire” (ok, za Nickiem Olivierim też tęsknię jak cholera), poprawiony kończącym set podstawowy koncertu „Go With The Flow”. Wrócili by odegrać jeszcze „Make It Wit Chu”, Najsłodszy utwór w repertuarze i „Song For The Dead”, po którym nie było już czego zbierać (po części dosłownie – to wtedy Homme testował wytrzymałość kolumn, ale i sprzętu nagłaśniającego), nie dziwi więc że nikt nie protestował gdy zapalono światła.
Mam coraz mniejszą ufność w sens grania na gitarach. Na szczęście QOTSA takimi koncertami przypomina, że gitara wciąż może być cool i sexy.
najlepszy moment: SICK SICK SICK
0cena: 8,75/10
