Prince – Prince
wydawca: Warner
Przeżyłem dziś jeden z największych wstydów w tym sezonie. Czajcie sytuację: kupuję płyty w Empiku we Wrzeszczu (BTW czy w innych salonach też są tak genialne przeceny?). Podchodzę do kasy. Przy niej dziewczyna, na oko kilka lat ode mnie młodsza, więc spoko. Nie że piękność, no ale w sumie czemu by nie. Ale tak właściwie to ja podszedłem do niej by za płyty zapłacić, więc o wszelkich dodatkowych działaniach pomyślimy jakby co później. Daję płyty do skasowania. Najpierw macha tym swoim dziwnym urządzeniem z czytnikiem co by mi cenę nabiło. Nabiło. „Siateczkę”. „Zbiera Pan punkty jakieś tam?”. Normalnie to z automatu ignoruję te zapytania, ale tym razem było inaczej. Oto się okazało, że w tym przypadku całkiem niezgorszą urodę połączono z jeszcze śliczniejszym głosem. „Będę płacił kartą”. Cholera, że też trzeba tyle czekać na odczyt z tej karty. I tak jak czekamy na ukazanie się kwoty, po której będę mógł wpisać PIN, ona zaczyna z ciekawości przeglądać moje zakupy. „Hej, nie rób tego!”. Krzyk w myślach. Nie dlatego, że nie lubię jak mi ktoś w zakupach grzebie. Wręcz przeciwnie, po tym jak wcześniej spojrzała mi w oczy to pomyślałem sobie, że mogła by mi tak w tych zakupach grzebać do końca życia. Ale tam jest jedna taka płyta, która… Dostrzegła ją. Obczaja front. Patrzy mi znów w oczy, lecz tym razem z niedowierzaniem lekkim, może nawet przerażeniem. Wiem co mogła sobie pomyśleć. Game over. „Dziękuję, do widzenia”.
Gdyby zebrać okładki video/dvd wszystkich najgorszych pornoli świata i doprawić je frontami magazynów gejowskich to nie byłyby one razem choćby w ćwierci tak obleśne, jak okładka drugiej płyty artysty zwanego Prince. I pomyśleć, że on już wtedy aspirował do miana Ruchacza Tysiąclecia! Koleś, który z taką aparycją nawet w marzeniach miałby problem z zaliczeniem jakiejś dupy, zapodaje tu teksty, które z miłością mają tyle wspólnego, co wpieprzanie kebabów ze strawą dla ducha. No to jakim, w dupęjegomać cudem jednak tym sex symbolem został? Kurczę, nie wiem. Może to ta genialna muzyka?
Aczkolwiek na wysokości „Prince” ten geniusz to moim zdaniem jeszcze dyskusyjna kwestia. Bo niby wszystko się zgadza. „Produced, arranged, composed and performed by Prince”. Czyli jednak bóg. I to już w wieku 21 lat. Cóż, z tym najwidoczniej się rodzisz i objawia się od najmłodszych lat. Aby dopełnić obrazu Jej Wysokości Zajebistości dodajmy, że już tutaj słyszymy jego firmmowy Minneapolis Sound. Z jednej strony funkowe petardzioszki (ujęte w formie pop-przeboju: „I Wanna Be Your Lover” lub disco-funk transowości „Sexy Dancer”), a z drugiej gitarowe wymiatactwo, zgłaszające akces do schedy po Hendrixie („Why You Wanna Treat Me So Bad?” z solówką na końcu, czy „Bambi”, którego wiodący riff właściwie w całości kwalifikuje go do hard rockowej szufladki).
Czyli powinno zachwycać. A nie zachwyca. Bo ten „Bambi” to jednak dość czerstwy jest. Przytulańce raczej przymulają niż zachwycają – najlepiej wypada powerballada finalizująca program płyty „It’s Gonna Be Lonely”, ale gdzie jej tam do późniejszych piosenek tego typu. No i co najważniejsze – przeboje nie są aż tak przebojowe. Niby przeuroczy „I Wanna Be Your Lover”, a ” Feel For You” to z hiciarskim efektem scoverowała Chaka Khan pół dekady później. Do szuflady z Prince’owymi klasykami to jednak, gdyby miały wystarczająco taktu, to nawet nie powinny się pchać.
W sumie Prince to taki Cristiano Ronaldo świata muzyki. Można, a nawet należy go nie lubić za bucowatość (kasowanie fanowskich filmów na youtubie), za kicz (myślicie że okładka to masakra? To sprawdźcie zdjęcie z tyłu książeczki), za bzdury które na tym etapie wyśpiewywał (jeśli koleś z takim ryjem falsetem śpiewa w „Bambi” do dziewczyny, żeby dała sobie spokój z lesbijstwem i sprawdziła jego „atrybuty”, to coś tu jest zdecydowanie kurwa nie tak). Ale w tym do czego jest predysponowany jest zwyczajnie najlepszy. Choć może tutaj tego aż tak jeszcze nie słychać. Coś jakby nawet nie etap Manchesteru United, co Sportingu nawet.
najlepszy moment: SEXY DANCER
ocena: 7/10
