Pitbull
gdzie: PGE Narodowy
kto: Pitbull, Lil Jon
Czy ten dowcip kiedyś się znudzi? Wygląda na to że nie. Bo być może to nigdy nie był dowcip? Bo wyprzedać arenę na pierwszym po ponad dziesięciu latach koncercie to osiągnięcie, ale niekoniecznie dostępne nielicznym. Ale wrócić po roku, z praktycznie identycznym show i wyprzedać największy obiekt koncertowy (dla potrzeby tej wypowiedzi pozwólmy sobie tak określić Studnię Narodową) w kraju – to już jest Sztuka. I tu już nie ma z czego żartować.
Chociaż możliwe, że sam Mr. Worldwide by się zaśmiał z powyższego wywodu. Czy sam siebie uważa za Artystę, a swą twórczość za sztukę? Już w relacji z zeszłorocznego koncertu w Krakowie próbowałem rozgryźć fenomen Łysego z Miami, więc niespecjalnie jest sens się powtarzać. Wszak ostatnią rzeczą, którą Pitbull by chciał w związku z jego postacią i koncertami to zanurzanie się w rozkminie. O nie. Przy muzyce Pitbulla masz się BAWIĆ.
Zresztą już pierwszy utwór rozwiał wątpliwości, w jakim celu znaleźliśmy się w tym miejscu o tej porze. „Don’t Stop The Party”. Jeśli ktoś z zebranych miał okazję być rok wcześniej w Krakowie, to słusznie mógł poczuć swoiste deja vu. I o ile utwór wydaje się być skrojony pod otwieranie koncertów (czy też imprez in general), tak już kolejne pozycje w setliście mogły nie tyle to deja vu pogłębić, co wprawić w konsternację. Bo to praktycznie jota w jotę to, czego już doświadczyliśmy w Krakowie.
Jak więc widać, poza epikureizmem w filozofii Pitbulla mieści się także swoisty konserwatyzm. Ale akurat taki, który mimo całej swej lewackiej progresywności rozumiem – bo też po co zmieniać coś, co działa? Pitbull niespecjalnie jest gościem, który ma potrzebę promować swą nową muzykę czy tzw. deep-cuty ze swoich albumów dla największych fanów. Mają być największe hity znane wszystkim i takie też otrzymaliśmy – zarówno z własnego repertuaru („Hotel Room Service”, „Feel This Moment”, „Rain Over Me”), jak i cudzesy, które ostamplował swą unikatową nawijką („DJ Got Us Fallin’ in Love”, „On the Floor”, „I Like It”). Najbardziej znaczącą zmianą było uwzględnienie mundialowego hitu „We Are One (Ole, Ola)” – co w roku Mistrzostw Świata miało jak najbardziej sens. Pewnym novum mogło być zaproszenie na scenę grającego tego dnia support Lil Jona – trudno było nie wykorzystać okazji, skoro kilka utworów razem popełnili. Zresztą król crunku, który w swym secie skakał z jednego hitu na drugi z prędkością napalonej pchły, wydawał się być odrobinę lepiej dobranym supportem niż oldschoolowy dość Shaggy.
Po zejściu Lil Jona ze sceny wszystko wróciło do normy – tj. podobnie jak w Krakowie, otrzymaliśmy na finał wieczoru wiązankę „Timber”, „Time of Our Lives”, „Fireball” i „Give Me Everything”. Z tą różnicą, że zamiast płomiennej przemowy przed „GME” gospodarz wieczoru zaintonował przyśpiewkę z „Seven Nation Army”. Zresztą, miałem wrażenie że Mr. Worldwide nie był tak rozgadany jak w zeszłym roku. Może padający cały wieczór (wydawać by się mogło, że jak już zaczęło lać na System of a Down tak wciąż nie przestało…) deszcz popsuł mu nieco zabawowy nastrój? Na szczęście pogoda nie wpłynęła na imprezowe morale publiczności, ponownie zaopatrzonej w czepki i aviatorki, tańczącej nieprzerwanie od pierwszego utworu aż po sam finał.
Polska Pitbullowa fanbaza dowiozła po raz kolejny i mam przeczucie, że inaczej nie będzie także na kolejnych polskich koncertach pod koniec tego roku, ponownie w arenach (Łódź i Gdańsk). Czy ja też tam będę? Kto wie, kto wie.
najlepszy moment: GIVE ME EVERYTHING było ostatnio, więc teraz wybieram mojego faworyta z Pitbullowego repertuaru – HOTEL ROOM SERVICE
ocena: 8,75/10