Gra
rok: 1968
reżyseria: Jerzy Kawalerowicz
Jerzy Kawalerowicz nie adaptujący książki? No proszę.
Tym razem bez podróży w czasie i przestrzeni – Polska, końcówka lat 60-tych. Ona, pani architekt. On, urzędnik. Razem w małżeństwie od lat dwunastu. Pierwsza scena filmu pokazuje ich jak przekomarzają się na molo. Ona ewidentnie pod wpływem alkoholu, próbuje dać upust swym spontanicznym potrzebom. On tyleż opanowany, co przede wszystkim podirytowany. Widać, że w tej relacji ewidentnie coś, hm, nie gra.
W gruncie rzeczy to cały film, pokazujący drogę jaka doprowadziła Małgorzatę i jej męża do tego punktu, jest wariacją na punkcie tej sceny. Przede wszystkim pokazuje, że w relacji miłosnej rzadko kiedy wina jest jednostronna a jej rozpad przypomina spiralę w której ciężko wskazać jej początek. On jest zazdrosny będąc przekonanym że ona go zdradza, więc traktuje ją coraz gorzej. Ona czuje się osamotniona i pomiatana, więc szuka pocieszenia w ramionach innych. Co jednak najciekawsze w tym wszystkim, oboje są w swych zachowaniach transparentni, krzywdząc się nawzajem w pełni świadomie – tak jakby liczyli, że druga strona w końcu się przełamie, opamięta i na nowo pokocha. Co, jak można się domyślać, ma nikłe szanse powodzenia.
Na papierze brzmi to jak materiał na całkiem niezły dramat psychologiczny. I teoretycznie tak jest. W rzeczywistości jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że Kawalerowicz porwał się na tematykę, którą nie do końca wie jak pokazać na ekranie. A momentami jest to tak przegięte w swej psychodramatyczności, że aż ociera się o autoparodię. A może jestem po prostu za głupi? Dlatego mimo wszystko bardziej niż sama historia porywa gra (sic!) aktorska. Lucyna Winnicka, tym razem widoczna w całej okazałości, po raz kolejny pokazuje, że zdecydowanie powinna być wymieniana wśród najwspanialszych polskich aktorek. Zaskakuje zaś Gustaw Holoubek – zapewne zbyt mało znam jego twórczość, ale miałem wrażenie że jego filmowe emploi ogranicza go raczej do ról postaci po jasnej stronie mocy. Nie aby tutaj grał ewidentnego złola – krok po kroku odsłania mroczniejszą stronę swojej osobowości, a widz ma coraz większy mętlik w głowie, czy to jeszcze poszkodowany, zdradzony mąż czy zwykły psycho-terrorysta.
Warto obejrzeć, ale też jednak film bez większej historii, widocznie przegrywający konkurencję z bardziej osławionymi filmami Kawalerowicza.
najlepszy moment: scena wesela całkiem zabawna, przyznaję
ocena: 7,75/10