Paul Simon – Graceland
rok wydania: 1986
wydawca: Warner
szalom! nowego mojego zioma chce Wam przedstawic. nazywa sie Paul Simon. mozecie go kojarzyc z takiego starego duetu co sie Simon & Garfunkel zwal. duet ten nagral takie numery jak „Mrs Robinson” czy „Sounds Of Silence”, ktore na pewno kojarzyci, chocby z filmu „Absolwent”. anyway, duet sie w pewnym momencie rozpadl, kazdy poszedl w swoja strone. Paul Simon w troche lepsza komercyjnie i artystycznie. a najlepszy przystanek tej drogi zwie sie „Graceland”.
plyta uchodzi za jedna z naj plyt swiata. klocic sie z tym nie zamierzamy tutaj. bo jest w tym sporo prawdy.
przede wszystkim plyta ma znaczace podloze historyczne. otoz POPularny pan uslyszal pewnego dnia nagrania afrykanskich muzykow i tak sie nimi podjaral, ze postanowil nagrac z nimi cala plyte. a dzialo sie to w czasie, kiedy funkcjonowalo zjawisko zwane apartheidem, wiec nie bylo to takie ho siup. tym bardziej, ze Paul Simon wymarzyl sobie nagrywanie w roznych czesciach swiata. w RPA, ale tez i w USA, a nawet w slynnym Abbey Road w Londynie. wiec kosztowna sprawa, tym bardziej ze mamy tu sporo tych muzykantow. ale oplacilo sie. czasem jednak wsparcie koncernu fonograficznego sie przydaje.
powstala plyta, ktora dla mnie stanowi niemal idealne sprzezenie afrykanskiego feelingu, rytmiki z popowa, „zachodnia” melodia. okreslenie world music nabiera tutaj nowego numeru. czasem jedna strona bierze gore nad druga, ale i tak mozna calosc uznac za jak najbardziej efektywna symbioze.
jak wsponielismy, mnostwo tu muzykantow. glownie afrykanskich (z wiekszych nazwisk mozna odnotowac Youssou N’Dour), ale tez i Adrian Belew z King Crimson wspomogl na gitarze. nie pasuje mi tu do konceptu tylko mexykanscy Los Lobos w zamykajacym calosc „All Around The World Or The Myth Of Fingerprints”. tym bardziej, ze sam numer slaby.
ale poza tym to cudnie. np, tytulowa rzecz, za ktora Simon zgarnal Grammy (podobnie zreszta jak za caly album). rytmika lekko typu country, ale nawet pasuje do tematyki tekstu, bedacego lekko ironicznym opisem wyprawy do krainy Elvisa Presley’a. zreszta, Simon i jego postac to w ogole inna historia. storytelling nie do pomylenia. termin hiphopowy? ale czasem naprawde brzmi to jak the streets tamtych czasow, tylko ze bardziej spiewnie. wiem, ze traci ten opis herezja, ale no co ja poradze na takie skojarzenie.
wrocmy do meritum. najwiekszy hit tej plyty jak i lat 80tych – „You Can Call Me Al”. na pewno znacie, chocby dzieki GENIALNEMU teledyskowi (link na dole) z udzialem Chevy Chase’a. ale i sam numer zasluguje na taki epitet. idealnie zaaranzowany pop. refren nie do wyrzucenia z glowy, trabeczki, afrykanska rytmika, solo flecika i motyw bassowy, ktory sam w sobie jest Absolutem. przeanalizujce go kilkanascie razy i zauwazcie, ze druga czesc stanowi DOKLADNY rewers pierwszej czesci. whoah!
tych numerow zreszta moznaby wiecej wymieniac. piekna sprawa jest „Homeless” gdzie slyszymy tylko afrykanska kapele spiewajaca a capella, czesciowo w dialekcie Zulu. a „Under African Eyes” – liryczny i muzyczny hold dla Czarnego Ladu?
moznaby dwa numery wyrzucic, wiec absolutem tego albumu nie da sie nazwac. ale i tak – trzeba znac.
najlepszy moment: YOU CAN CALL ME AL
ocena: 9/10