rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2017

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Radiohead, Foo Fighters, Solange, Prophets Of Rage, Warpaint, Royal Blood, Jimmy Eat World, Warpaint, Solange, Lorde, O.S.T.R.

Niezwykle łatwo jest dissować Open’era. Za lans, za kaloszki, generalnie za publikę jaką sobie Alter Art w Gdyni wychowuje wychował. Trochę mniej łatwo jest znaleźć luki w organizacji festiwalu, ale pewnie jakby się głębiej zastanowić to coś by się znalazło. Nie wiem natomiast jak bardzo trzeba być „zhipsteryziałym” aby dyskredytować lineup, ale rzeczywiście można odnieść wrażenie, że natężenie szeroko pojętego mainstreamu jest z roku na rok coraz większe. Wyciągnijmy jednak głowy z dupy i zacznijmy wreszcie doceniać plusy – mamy festiwal na poziomie przynajmniej europejskim, doceniany za granicą, przyciągającym największe gwiazdy muzyki każdego gatunku. A w tym roku dodatkowo byliśmy w tym kontekście świadkami cudu, a konkretnie występu, który według krążącej wśród fanów muzyki alternatywnej w Polsce plotki miał nigdy na Open’erze nie wystąpić.

Ponoć kiedy chodziłem do podstawówki, to moja Mama wracała z wywiadówek najszybciej – wychowawczyni po prostu mówiła Jej „bz” i wracała do domu. W sensie „bez zmian”. Nie piszę o tym by się chwalić jakim mądrym dzieckiem byłem (zwłaszcza że nic już z tamtego dziecka nie zostało), tylko dlatego, że w przypadku Open’era, o całej jego otoczce, organizacji itp. mam ochotę napisać to samo – „bz”. Jest bardzo dobrze, być może może być jeszcze lepiej, ale po co narzekać? Zwłaszcza że czeka nas omówienie kilku naprawdę ważnych koncertów, więc przejdźmy od razu do konkretów.

Radiohead: Czyli właśnie ten zespół, który rzekomo miał nigdy nie wystąpić na Open’erze. Bo fanatycy ekologii, a niby Ziółkowski z Alter Artem są z nimi na bakier. Nie wiem czy to Yorke i spółka wyluzowali, czy AA stanęli na wysokości zadanie, ale to nieważne – historyczny trzeci koncert Radiohead w Polsce stał się faktem (i co ciekawe – drugi w Trójmieście!). Są różne opinie o tym występie – i muszę przyznać, że nie rozumiem tych negatywnych, choć naprawdę żadnym psychofanem RH nie jestem. Ja dostałem dokładnie taki koncert jaki oczekiwałem – neurotyczny w pewnym sensie, czy też introwertyczny, bez jakiegokolwiek łaszenia się do publiki – ani doborem repertuaru, ani tym co działo się pomiędzy jego odgrywaniem. Racja, że z okazji 20-lecia „OK Computer” można było oczekiwać więcej piosenek z tego przełomowego przecież dla nich albumu, albumu który dał początek „nowożytniemu” Radiohead. Cóż, wygląda na to że Radiohead nie są AŻ TAK sentymentalni i kilka piosenek musiało wystarczyć (osobiście mi okrutnie brakowało „Climbing Up The Walls”). Być może wbrew oczekiwaniom większości fanów bardziej są skorzy celebrować 10-lecie albumu „In Rainbows”, które miało aż 6 reprezentantów (czyli 1/4 setlisty). Cieszy, że nie zagrali „Creep”, choć pewnie na okoliczności grania festiwalowego numer jak znalazł. Zakończyli za to najpiękniejszym z możliwych sposobów, czyli „Street Spirit (Fade Out)”, poprzedzonym „Natonal Anthem” z polskojęzycznymi samplami. A fakt, że grali ponad 2 godziny chyba najlepiej świadczy o tym, że brak większego dialogu z publiką absolutnie o niczym nie świadczy. Dla mnie – najbardziej emocjonalny koncert festiwalu.

Foo Fighters: Ciekawa sprawa. Teoretycznie mnóstwo ich dzieli z Radiohead, a jednak historię występów w Polsce mają bliźniaczo podobną. Także trzeci koncert w naszym kraju. W obu przypadkach drugi koncert odbył się po wielu latach oczekiwań, kiedy zdążyli „wyhodować” sobie nad Wisłą solidną fanbazę (Radiohead wrócili do Polski w 2009 roku, na FF trzeba było czekać aż do 2015 roku), grając wyprzedany indywidualny koncert. Przede wszystkim jednak – oba zespoły zaliczyły „falstart” z pierwszymi koncertami, grając w Polsce tuż po wydaniu pierwszych albumów, kiedy mało kto ich znał i był w stanie należycie docenić. Co więcej – oba te koncerty odbyły się także w Trójmieście, a konkretnie w Sopocie: Radiohead w 1994 na Sopot Rock Festival (warto odnotować, że ich występ poprzedzały takie alt-tuzy jak De Mono, Varius Manx i Mafia), Foo na Marlboro Rock In w 1996 (supporty: Blenders i… znów Mafia!).

Niestety Dave Grohl najwidoczniej nie był świadomy tej zbieżności, bo zapewne w swoim stylu by to jakoś skomentował. Nawiązał jednak do Radiohead, a konkretnie do długości ich występu dzień wcześniej. Mały hipokryta – sam grał dosyć długo i wbrew temu co mówił sprawiał wrażenie jakby wcale ze sceny nie chciał schodzić. Czy komuś to przeszkadzało? Foo Fighters to fenomen – zespół bez przełomowej dla gatunku płyty czy piosenki, bez jakichkolwiek znamion oryginalności, a jednak nie sposób ich nie lubić – czy to przez nośność tych piosenek, czy przez osobowość Grohla, jednego z najsympatyczniejszych ludzi w tym muzycznym biznesie. I oba aspekty objawiły się w pełni w Gdyni. A kończenie koncertu wiązanką „Best Of You” i „Everlong” powinno być karalne – akurat te dwa utwory wrzucają mnie na emocjonalny rollercoaster, więc po wszystkim trochę ciężko było się pozbierać.

Prophets Of Rage: Koncert najbardziej wyczekiwany przeze mnie. Przypomnijmy w czym rzecz – trójka instrumentalistów Rage Against The Machine dokoptowała swoich dobrych znajomych, B-Reala z Cypress Hill i Chucka D z Public Enemy i w tym składzie postanowiła objeżdżać świat, odgrywając na koncertach klasyki RATM plus bonusy (nawiasem mówiąc – z czasem pokusili się o autorski materiał i na jesień zaplanowano premierę debiutanckiego albumu). Sporo krytyki padło na nich, nawet jeszcze zanim po raz pierwszy stanęli razem na scenie – że odgrzewany kotlet, że rozmienianie legendy na drobne, że B-Real i Chuck D nie mają startu do Zacka de la Rochy, więc po co to wszystko. Cóż – I don’t give a simple fuck. Chciałem usłyszeć na żywo TE piosenki, odgrywane przez ich autorów? Usłyszałem. Swoiste greatest hits, bazujące oczywiście na debiucie – „Bombtrack”, „Take The Power Back”, „Know Your Enemy” czy obowiązkowe „Killing In The Name Of” – oraz singlach z „The Battle Of Los Angeles”: „Testify”, „Guerrilla Radio”, „Sleep Now In The Fire” (szkoda że z „Evil Empire” wybrzmiało tylko „Bulls On Parade”). A do tego hity macierzystych zespołów frontmanów: „Rock Superstar” i „How I Could Just Kill A Man” Cypressów oraz od Public Enemy: „Fight The Power” i numer który dał nazwę projektowi „Prophets Of Rage”, a do tego medley innych klasyków tych grup (m.in. „Insane In The Brain”, „Bring The Noise”) i „Like A Stone” Audioslave jako tribute dla tego, który frontmanował temu zespołowi przez lata (jakby ktoś cudem nie wiedział: Chris Cornell). Szkoda że publika nie znała na tyle tekstu, by pomimo zachęty ze strony zespołu śpiewać tekst piosenki… Ale generalnie publiczność spisała się nad wyraz dobrze – pod sceną działa się Wojna! Może i kiedyś już stage diving zawitał na Open’era, ale taki moshpit? Magia. Być może można mieć moralny problem z tym zespołem, ale pod względem wykonawczym naprawdę nie mam pojęcia co można było im tego wieczoru zarzucić. A dla mnie personalnie – spełnienie kolejnego z marzeń.

Royal Blood: Kilka lat temu jako zespół jeszcze przed wydaniem debiutanckiego krążka tak rozhulali Tent Stage, że podłogę zerwali. Teraz dostąpili zaszczytu tegorocznego”rozdziewiczenia” Głównej Sceny. I choć dzisiejszy status wręcz nie pozwala im grać na małych scenach, przez cały koncert trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że to zespół stworzony do grania w klubach, zamkniętych pomieszczeniach. Tam dopiero to specyficzne brzmienie nabiera właściwej mocy. Tym razem było niby bez zarzutu (Mike Kerr tłumaczył się ze słabszej dyspozycji wokalnej, której wcale tak nie było słychać), a jednak gdy zakończyli niedługo po godzinie nie miałem poczucia niedosytu. Pomimo drobnych wtrętów spoza gitarowo-perkusyjnego formatu (np. piano) i drygi do naprawdę potężnych melodii („Ten Tonne Skeleton”!) ta muzyka powinna być dawkowana ostrożniej. I wygląda na to, że duet ma tego świadomość.

Jimmy Eat World: Czarny Koń Festiwalu? Dla mnie tak, chociaż w przypadku tego zespołu nie jestem obiektywny. Dodałbym także, że jedno z największych zaskoczeń – JEW to kapela, do której jednym z najbardziej pasujących epitetów jest „niepozorny”. W rankingach najlepszych albumów nie sposób ich ujrzeć, w Polsce psychofanów nie uświadczysz, a nagle się okazuje że wypełniają cały namiot, a twoi znajomy oświadczają że uwielbiali ich od zawsze. No nie ukrywam, ucieszyło mnie to ogromnie! Bo Jimmy to zespół który nie udaje – emocje kawa na ławę i wygląd typu księgowi. Tak bardzo anty-cool, że Weezer to przy nich rock-bogowie. A jednocześnie nienaganne wykonanie i brzmienie żyleta. Plus hitchcockowe otwarcie – w życiu bym nie pomyślał, że „Bleed American”, na który czekałem najbardziej, zagrają jako pierwszy numer. Była dobra reprezentacja z naprawdę udanego ostatniego albumu „Integrity Blues” (z przepięknym „Sure And Certain” na czele), no i zestaw szlagierów w postaci „Middle” i „Sweetness”. Wysoki sądzie, nie mam absolutnie żadnych pytań.

A teraz o koncertach, których wprawdzie nie widziałem w całości, ale dostatecznie dużą ich część, by się spróbować jakoś ustosunkować:

Warpaint: Jako najlepszą recenzję mógłbym przywołać dwa zasłyszane cytaty: „czuję się taki przytulony!” i „o takie indie walczyłem!”. Natężenie słodyczy w muzyce tych trzech dziewczyn przekracza ten w niejednej cukierni, a mimo to nie ma to absolutnie nic wspólnego z tym co odwala się w mainstreamowym popie. Koncert jak dla mnie bez zarzutu – tak w kwestii samej treści muzycznej, jak i brzmienia oraz interakcji z publicznością

Solange: Dużo sobie obiecywałem po koncercie młodszej z sióstr Knowles. Mimo, iż w przeciwieństwie do Muzycznych Znawców stawiam mimo wszystko wyżej „Lemonade” niż „A Seat At The Table”, to ten drugi album ostatecznie potwierdził, że Solange to osobowość artystyczna w pełni na własnych prawach, z którą trzeba się liczyć. Dotyczy to także sfery koncertowej – trochę przesadą byłoby mówić o Show, niemniej był to perfekcjonizm odczuwalny nie tylko słuchem, ale i wzrokiem. Cały wachlarz instrumentalistów z chórzystkami służącymi jednocześnie za tancerki, z intrygującą choreografią, wszystko to spięte w spójną kolorystycznie całość – o takie r’n’b i soul walczyłem! I tylko żal, że już po niecałej pół godzinie bodajże trzeba było porzucić tent (swoją drogą bardzo dobry wybór na miejsce koncertu) na rzecz Radiohead na mainie, przez co nie wiem czy zagrała mój najulubieńszy „Losing You”.

Lorde: Rozczarowanie. I nie chodzi o jakość koncertu niestety, nawet nie chodzi o samą Lorde. Koncert zamykający festiwal to jest pewne wyróżnienie, niestety też wiąże się to z tym, że po 4 dniach intensywnych emocji muzyczno-towarzyskich organizm znacznie się rozluzowuje. Czy muszę mówić jeszcze bardziej wprost o co chodzi? Tak więc ciało jak najbardziej było na koncercie obecne, niestety duch już nie za bardzo. Coś tam dolatywało do ucha, ale gdzieś tam wyparowywało razem z alkoholem. Szkoda, bo akurat w kategorii Pop bardzo Lorde kibicuje. No ale zobaczyłem ojca Stana Marsha, czuję się mimo wszystko spełniony.

The XX: A to akurat ciekawa sprawa, bo mimo iż akurat na tym występie trzeźwość umysłu była w pełni sprawna, to i tak odczucia były dokładnie takie same co na Lorde. Nie wiem co nie zagrało. Może jednak ten zespół to nie moja bajka?

O.S.T.R.: Wiadomo, że polscy wykonawcy na takich festiwalach jak Open’er stoją trochę na przegranej pozycji względem gwiazd zagranicznych. Nie zobaczę ich tu, to pewnie za chwilę wystąpią na innym koncercie w mieście. Nie dotyczy to Grammatika, dla których miał to być jedyny koncert reaktywacyjny w Polsce w tym roku. I wciąż mi się chce płakać na myśl, że nie zdążyłem na ich koncert. O.S.T.R. to trochę inna bajka niż Eldo i s-ka, niemniej potraktowałem jego występ jako swoisty substytut. I podziałało. Bo może muzyka Adama już dawno przestała wzbudzać we mnie większe emocje, ale także koncertowo to wciąż solidna firma. A fakt, że wypełnił on cały namiot stanowi kolejny argument na to, że traktowanie polskich wykonawców na Open’erze wyłącznie jako dodatek do lineup zagranicznego trąci już zwykłą ignorancją (co potwierdzają zasłyszane opinie o występach Brodki czy Quebonafide).

Reasumując: dawno nie pamiętam tak dobrego Open’era, na którym warto było być przez wszystkie cztery dni. Ja tam już czekam na ogłoszenia na przyszły rok!

 

najlepszy moment: RADIOHEAD – STREET SPIRIT (FADE OUT)

ocena:

Radiohead – 9,25/10

Foo Fighters – 8/10

Prophets Of Rage – (obiektywnie) 8,5/10

Roayl Blood – 7,5/10

Jimmy Eat World – 8,25/10

Warpaint: 8/10

Solange: 8,5/10

Lorde: 7/10

The XX: 6/10

O.S.T.R.: 7,5/10

Leave a Reply