Nothing But Thieves
kto: Nothing But Thieves, Terrific Sunday
A byłem pewien że żadna litera już na tym blogu nie postanie. I pewnie za chwilę dalej zapadnie w stan hibernacji, ale nim to nastąpi mamy jeszcze kilka niezałatwionych spraw. Oto pierwsza z nich.
Choć jeszcze w szerszej skali – powiedzmy w skali przeciętnego zjadacza gitar – nazwa Nothing But Thieves mało co komu mówi, to w kręgach bardziej wtajemniczonych (by nie powiedzieć hipsterskich) jest to już zjawisko dość rozpoznawalne. Fakty? Debiutancka płyta wyszła jakiś miesiąc temu, a mimo to panowie zdążyli w tym roku wystąpić w Polsce już 2 razy (z czego druga wizyta dwukoncertowa). Słabo? Kwintet upodobał sobie Polskę bardziej niż Garou i Gordon Haskell razem wzięci, ale też i Polacy upodobali sobie „Złodziei” – Proxima była w dniu koncertu nabita po brzegi.
Zanim na scenie pojawili się Brytyjczycy, w roli supportu wystąpił inny tegoroczny debiutant tyle że z Polandii (z Poznania konkretnie), Terrific Sunday. Set króciutki – nawet nie półgodzinny – i mocno zaskakujący dla tych, którzy znają zespół z koncertów bądź z albumu „Strangers, Lovers”. Kilka dni wcześniej miałem okazję widzieć chłopaków na urodzinach Eski Rock (a wcześniej w czerwcu w ramach warm-up party przez Orange Warsaw Festival) i były to występy w pewnym stopniu pokroju „my swoje, a publika swoje”. I chociaż absolutnie nie mam nic przeciwko tego typu podejściu (a czasem jest to wręcz wskazane – nie wyobrażam sobie postrockowców lub Iana Curtisa z nawoływaniem „łapki w górę opaaaa”), to zdaję sobie sprawę że jestem w tej wyrozumiałości w zdecydowanej mniejszości. Być może chłopaki poszli za radą kogoś ze swego towarzystwa fanowsko-branżowego, może sami uznali że shoegazingiem rockowego świata nie podbiją, w każdym razie – tym razem rozgadali się bardziej niż niejeden stand-upowiec. I co najważniejsze – wypadli jak najbardziej naturalnie, ani przez chwilę nie dało się wyczuć sztuczności, wewnętrznego przymusu. Inna sprawa, że w sukurs temu rozgadaniu pospieszył dobór utworów – wyjątkowo energetyczny, bliższy temu co dzieje się na drugiej części ich albumu niż na lekko zamulającej części pierwszej. Oczywiście nie zabrakło singlowych „Bombs Away” i „Streets Of Love”, jak i propsów dla gwiazdy wieczoru swoją drogą okoliczności też mogły podziałać mobilizująco, Poznaniakom zdecydowanie bliżej do Londynu niż Kostrzyna nad Odrą.
Niemal równo o 21.00 na scenie pojawili się słynni „Nothingbutthievsi” (próba spolszczenia za nami, nieudana). Bez specjalnych fajerwerków, tradycyjne oświetlenie plus charakterystyczna okładka w tle w zupełności wystarczyła. Moje wysokie oczekiwania wobec koncertu były ustawione przez opinie, według których NBT koncertowe to przynajmniej kilkakrotnie większa moc doznań niż ich oblicze z płyty. Well, self-titled choć nie zgina mi specjalnie mocno kolan, to spokojnie załapuję do shortlisty najlepszych tegorocznych debiutów, więc oczekiwałem konkretnego koncertowego sztosu (w wersji dla Wiesławów z wąsem – rockowej uczty). I taki też otrzymałem. To co uderza najbardziej w muzyce tego zespołu to niemal unikalna dynamika, nerwowy sznyt który nawet jeśli nie zawsze porywa to na pewno nie pozostawia obojętnym. I to wszystko jest spotęgowane w wersji koncertowej. Tak mógłby brzmieć Muse, gdyby był fajnym zespołem i pozostał na etapie zrzynania z Radiohead zamiast Queen. Może przesadą byłoby mówić o scenicznym szaleństwie (zwłaszcza jeśli przyjmiemy skalę na której znajduje się np. Dillinger Escape Plan), ale przez godzinę zespół razem z totalnie oddaną im publiką (przypominam – 4 koncert w ciągu roku, z dopiero co niedawno wydanym longplejem) wygenerowali dość energii by żałować, że jeszcze nikt nie wpadł na to, by w ten sposób napędzać np. samochody. I godzina w zupełności wystarczyła – na płycie pojawiają się lekkie odcienie dłużyzny, tu o niczym takim, z trzynastoma piosenkami w setliście (niespodzianek typu covery nie odnotowano) mowy być nie mogło.
To co, widzimy się za… nie wiem, dwa miesiące?
najlepszy moment: Graveyard Whistling
ocena: 7,5/10
