rageman.pl
Muzyka

Neuma – Neuma

rok wydania: 2003

wydawca: Offmusic

 

A więc było to tak. Gdzieś w pierwszej połowie bodajże lat 90. powstał na ziemi polskiej zespół, którego dwie płyty są uznawane za jedne z najgenialniejszych rzeczy, jakie powstały w polskiej, szeroko pojętej muzyce alternatywnej. Szwedzi mieli i mają wciąż swoje Meshuggah, my mieliśmy Kobonga. Podobne pojebaństwo muzyczne, podobny efekt geniuszu na styku metalu, alternatywy, psychodelii i matematyki. Niestety o Kobongu już mówimy w czasie przeszłym, bo kapela odeszła w zapomnienie. Fani nie zapomnieli, bo to wciąż jedna z najbardziej inspirujących kapel, jakie wypluł polski przemysł muzyczny. Część z tych kapel, jak NIYA, to zresztą projekty, w których uczestniczą muzycy Kobonga. Koniec końców panowie z tego zespołu znów postanowili stworzyć coś razem. A właściwie to 3/4 Kobonga. W składzie nie znalazł się gitarowy mag Robert Sadowski. Być może już wtedy (2003 rok) był już na tej drodze dragami wyłożonej, która na początku 2005 doprowadziła go do opuszczenia padołu ziemskiego. Być może. Płakać jednak jeszcze wtedy nie należało. Bo powstała płyta, która, jak dla mnie, zawieję herezją, przebija nawet dokonania poprzedniej ich kapeli.

Wciąż jest ultraciężko. Wciąż jest to muzyka gęsta, rozedrgana, z połamaną rytmiką. Brzmienie osiąga takie ciężary, że dla niektórych minuta z Neumą może być traumą na całe życie. Jednak mimo że numery mają raczej piosenkową, czterominutową długość, to nie jest to pędzenie na łeb na szyję i masakra dźwiękowo-dynamiczna jak w grindach. Ma być przede wszystkim trans. On leży u podstaw tych dziewięciu kompozycji (krótka w sumie to płyta, ponad pół godziny, i to jej jedyny minus). Choć ma on wiele oblicz. Czasem jest to groove, czasem noise, w jednym numerze zdarza się nawet coś na kształt jazz metalu. W nim występuje gościnnie Karol Gołowacz na saksofonie. Wśród gości mamy też samego DJ-a Feel-X (Kaliber 44), ale spokojnie – żadnego numetalu nie uświadczymy.

Ale skrecze i sax to pojedyncze smaczki. Cała reszta to pojebane pieśni na gitarę, bas, perkę. No i wokal. Bo ciężko tu mówić o śpiewie. Przeważnie jest to coś na kształt cedzenia słów, poza tym pojękiwanie, krzyk, choć bez screamowatych zapędów. Co by akurat mogło być adekwatne, bo teksty (wszystkie po angielsku) to wyjątkowa liryka, nierzadko dotycząca relacji damsko-męskich. O motylkach w brzuszku nic nie ma. Za to cały przegląd chujowości związanej z Miłością. Te teksty aż kipią żalem, goryczą, żółcią. Ale pasują do muzyki jak ulał.

Szkoda, że niestety ten album był to jednorazowy strzał. Neuma dalej istnieje, ale ze starego składu został tylko gitarzysta Maciej Miechowicz. Do składu dokooptował sobie saksofonistę Alka Koreckiego (m.in. Brygada Kryzys, Elektryczne Gitary), a wydana ostatnio druga płyta zespołu „Weather” to instrumentalna jazda, w której prym teraz wiedzie właśnie sax. To oblicze niestety przekracza moje możliwości percepcji. Perkusista i autor tych wszystkich mało optymistycznych tekstów z piosenek, Wojciech Szymański, uciekł do swoich mniejszych projektów. Zaś pan basista i wokalista, Bogdan Kondracki, skupił się całkowicie na robocie producenckiej. I chociaż to piękne, że zbija hajs na robieniu muzyki, a przy okazji jakiś ten polski pop dzięki jego robocie wznosi się na wyższy poziom. Żal jednak mam do faceta, że przez zadawanie się z Brodkami, Dąbrowskimi, Krawczykami itepe itede stracił kontakt ze Sztuką. Bo tak można bez oporów nazwać to, co wydawał pod szyldem Kobong i Neuma. Dla mnie – dźwięki idealne. Mój upragniony, najwyższy poziom muzycznego wtajemniczenia.

 

najlepszy moment: SACRIFICE

ocena: 7,5/10