Nasza rewolucja
rok: 2026
reżyseria: Piotr Domalewski
Jak niedawno wspominałem, o ile trudno czasy komuny oceniać pozytywnie, tak dla polskiej branży filmowej temat ten jest wciąż istną żyłą złota. A kiedy można jeszcze sięgnąć po gotową historię to już nic tylko ściągać dofinansowanie z PISFu i kręcić.
Zaczęliśmy zgryźliwością, ale też prawda jest taka, że należy o tych czasach opowiadać i przypominać. Opowiadać tym, którzy z racji wieku nie mają prawa pamiętać tamtych wydarzeń i na polskie lata 80-te patrzą przez pryzmat fantazyjnych stylówek ówczesnych gwiazd estrady. Ale też przypominać tym, którym pamięć się zaciera i którym coraz mocniej wjeżdża romantyzowanie i fantazjowanie. Oczywiście najlepszym rozwiązaniem w tym wypadku są filmy dokumentalne, gdzie oglądamy to co rzeczywiście się wydarzyło (aczkolwiek oczywiście i tu można pewne zagadnienia przemilczeć lub przeinaczyć, innymi słowy – nie powiedzieć całej prawdy). Ale i filmy fabularne, o ile nie przesadzą z podkoloryzowaniem faktów historycznych, mogą dobrze służyć sprawie.
W kontekście powyższej dygresji o romantyzowaniu paradoksem jest, że „Nasza rewolucja” jest przede wszystkim, jak zresztą sam plakat głosi, historią miłosną. I, co więcej, uważam to za największą zaletę tej produkcji. Nie ma nic nudniejszego niż biopic typu ekranizacja notki z Wikipedii – a w dobie AI wręcz bezużytecznego, bo jestem przekonany że zmierzamy do miejsca, w którym sami sobie będziemy mogli takie ekranizacje robić, tak jak teraz sami możemy zrobić na własny użytek audiobooka ze słowa pisanego. Sercem filmu, jakkolwiek to banalnie nie zabrzmi, jest Emocja. Coś, co sprawi, że nie tylko coś oglądamy, ale i się angażujemy. Oczywiście nic nie umniejszając zasługom Jacka Kuronia na polu polityki, ale tak jak jemu samemu Grażyna Kuroń – zwana powszechnie Gajką – spadła z nieba, tak i my jako widzowie możemy być wdzięczni za ciekawą, nieoczywistą perspektywę na wydarzenia zapoczątkowane w Stoczni Gdańskiej. Wszak mowa o ludziach którzy, choć kochali się na zabój, jeszcze wyżej od swojego szczęścia postawili losy Ojczyzny.
Niestety, choć niesprawiedliwym byłoby zarzucić temu filmowi brak serca, to jednocześnie widać, że jest to film zrobiony pod masy. Że dla Piotra Domalewskiego, który pokazał że ma ambicje kręcić filmy nieoczywiste („Cicha noc”, „Hiacynt”), „Nasza rewolucja” jest w pierwszej kolejności produkcją na zlecenie. I jeśli on lub ktokolwiek inny zaangażowany w ten film chciał przemycić tu Sztukę, to została ona złożona na ołtarzu Zasięgów. Toć tu nawet data premiery nie jest przypadkowa – jestem przekonany, że dla wielu seans „Naszej rewolucji” będzie niemal patriotycznym obowiązkiem, w pakiecie z udziałem w Marszu Niepodległości. I przyznam, że nawet rozumiem taki a nie inny obraz tej Rewolucji. Jacek Kuroń, w jakimkolwiek wydaniu – polityk, mąż, człowiek – zwyczajnie zasłużył na to, by opowieść o nim dotarła, a przede wszystkim by była zrozumiała dla jak największej ilości osób, nie tylko dla kinomanów zjadających zęby na Cronenbergu i Bergmanie. I tak uważam, że jest tu więcej niż można było oczekiwać – być może to zasługa Domalewskiego, na pewno zaś Jakubika i Popławskiej w głównych rolach. Momenty, w których są na ekranie tylko oni, są tu najpiękniejsze. Szkoda, że ich tak mało.
Dlatego z jednej strony widzę szklankę do połowy pełną i doceniam wartość dodaną do tego co wiemy z Wikipedii. Ale też trzeba zachować skalę – bo raczej trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś o „Naszą rewolucję” pamiętał tworząc topkę filmów tego roku, a co dopiero później.
najlepszy moment: przyznam, że szpitalne sceny mnie poruszyły mocno
ocena: 7,75/10