Dziki, dziki wschód
rok: 2026
reżyseria: Jan Holoubek
Czasem być morze talent rzeczywiście przechodzi w genach. Syn Gustawa Holoubka wybrał wprawdzie przebywanie za kamerą a nie przed nią, ale jak na razie całkiem nieźle na tym wychodzi. Przy czym upodobał sobie w szczególności format serialowy – by wskazać „Heweliusza”, „Wielką wodę” i „25 lat niewinności” (ta ostatnia produkcja ma też wariant filmowy, jak dla mnie zbyt ogołocony w stosunku do serialu). Dlatego byłem wyjątkowo ciekaw jego najnowszego dzieła – nie tyle dlatego, że jest to film a nie serial, ale przede wszystkim dlatego, że zamiast bazować na prawdziwej historii z ostatnich postawił na całkowicie oryginalny scenariusz.
Tytuł całkiem nieprzypadkowo sugeruje powinowactwo westernowe, choć bardziej adekwatna byłaby kategoria antywesternu. Nie każdy zapewne też się zgodzi z przypisaniem Polski do Wschodu, bo to właśnie w polskiej wsi dzieje się akcja filmu. Do tejże wsi, wciąż pod pełną okupacją (jest tok 1943), przybywa niemiecki oficer. Poszukuje on zaginionego żydowskiego prawnika. Tak przynajmniej twierdzi, bo dość szybko okazuje się, że chodzi nie tyle o samego prawnika, co jego majątek. Problem pojawia się gdy okazuje się, że nie tylko nasz główny bohater jest zaineresowany tym skarbem.
Czyli co, klasyczny film o zabawie w kotka i myszkę i wyścigu szczurów? Niby tak, a jednak nie do końca. Przede wszystkim, wbrew pozorom jest to film jak najbardziej na poważnie, bez jakichkolwiek humorystycznych akcentów. Co akurat tu nie przeszkadza – można w pełni wczuć się w klimat, bez ryzyka że coś nas wytrąci z równowagi. Druga kwestia to dość klarowny, trzyaktowy podział. I film Holoubka stanowi dość dobre potwierdzenie tego iż, parafrazując klasyka, nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a filmu przed jego zakończeniem. A właściwie to nie chwalić, a krytykować. Bo przez pierwsze kwadranse wiele się tu nie dzieje i zastanawiałem się co, poza wyborną stylizacją i klimatem, Holoubek chce nam tu sprzedać. A tymczasem on na spokojnie pionki rozstawiał na tej planszy. I jak odpalił drugi akt… Wiem, że porównywanie do bardziej uznanych twórców nie jest najwyższą formą komplementu dla kogoś, kto ma ambicje tworzyć w pełni autorskie rzeczy, ale tutaj naprawdę wjeżdża taki Tarantino że aż palce lizać. A trzeci akt? Nie spoileruję, więc powiem krótko – MOCNE.
Trochę głupio pisać o świetnej zabawie w kontekście filmu traktującego w dużym stopniu o Holokauście, ale też nie pierwszy to taki paradoks w dziejach kina, by przypomnieć „Życie jest piękne” Benigniego. Półtorej godziny magii kina i dowód na to, że Holoubek wciąż na fali wznoszącej.
najlepszy moment: OSTATNI KWADRANS
ocena: 8,75/10