rageman.pl
Muzyka

Nas – Illmatic

rok wydania: 1994

wydawca: Columbia

 

zostajemy w Nowym Jorku.

o mojej zajawce latami 90tymi pisalem tu nieraz. sentyment do okresu ksztaltowania sie swiadomosci to jedno, ale nikt nie zaprzeczy, ze ta dekada kipiala wrecz od kapitalnych pomyslow, inspiracji, prawdziwie charyzmatycznych osobowisci – rowniez w mainstreamie. i nie mam na mysli tylko rocka czy szeroko pojetej alternatywy, ale i hiphop. a biorac pod uwage kierunek, w jakim poszedl ten gatunek, tesknota za nagrywkami tamtych lat wydaja sie wrecz uzasadnione.

fakt: „Illmatic” to KLASYK. nie kloc sie z ta teza, przyjmij ja za pewnik. musisz wziac pod uwage takze kontekst historyczny, a ten jest nie do przecenienia. najkrocej rzecz ujmujac – Nas na swym debiucie przywrocil do hiphopu Tresc. z ktora na poczatku lat 90tych bywalo roznie – bohaterzy oldskulu z Public Enemy powoli znikali z radaru masowego sluchacza, na Zachodnim Wybrzezu zycie (a co za tym idzie – liryki rap-piosenek) wirowalo wokol jebania i jarania, natomiast sklady poklodu ATCQ czy De La Soul wolaly bawic sie slowem (co bylo przeciez zajebiste, no pun intended). a tu nagle ni z gruchy ni z pietruchy wyskakuje gowniarz niewiele starszy niz ten z arcykultuwej okladki (Nas w momencie wydania plyty mial niewiele ponad 20 lat!), majacy bardziej poukladane w glowie anizeli 90 procent calej rap-sceny – tak tamtej dekady, jak i zwlaszcza pozniejszych (sa tacy ktorzy twierdza, ze rowniez bardziej poukladane niz u siebie samego lata pozniej – do tego watku jeszcze wrocimy). wystarczy rzut oka na teksty (w sumie dosc szkoda, ze nie ma ich w booklecie) by wiedziec, ze mamy do czynienia z czarnym Bobem Dylanem. lirykami pelne metafor i akademickiego slownictwa, ktorych znaczenie w pelni ogarna wlasnie dopiero na akademiach. co oczywiscie nie znaczy, ze dla zwyklego zjadacza chleba masci wszelakiej (chodzi o zjadacza, niekoniecznie chleb) to jest przekaz nie do przyjecia, nie do rozkminienia. powtorzmy – dla prawie calej rap sceny – od Eminema, poprzez Lupe Fiasco, a na Peji konczac to najwazniejszy album hiphopowy ever, album zycia, w pelni tych dwoch slow znaczenia.

byc moze jednak Twoja znajomosc angielskiego nie jest na tyle wysoka, by rozumiec o czym sie do Ciebie z tej plyty mowi. ale ta plyta poraza pod kazda szerokoscia geograficzna nie tylko przez to, co sie tu mowi, ale przede wszystkim *jak*. czy Nasir Jones jest najlepszym raperem w historii? nie wiem, moim zdaniem niekoniecznie, biorac pod uwage wszystkie kryteria, a tych jest niemalo. na pewno jednak nie znajdziesz raczej drugiego tak zdyscyplinowanego rapu, tak zwartego flow. to nie jest rozleniwiony Snoop czy Mos Defowe zabawy poza bitem. Nas robi z bitem dokladnie to co nalezy, gospodarujac go w stu procentach. jesli juz do kogos porownywac, to tylko do swietej pamieci Guru. i ok, nie kazdemu musi sie podobac taki styl rapowania, ale wypada w tej antypatii podkreslac czysto subiektywne podejscie.

no i, last but not least, Muzyka. ta jest najwazniejsza przeciez. i w tym aspekcie „Illmatic” nie bierze jencow. od poczatku do konca. od „The Genesis” – niby intra ale dosc dlugie no i zawierajacy TAAAAAAAKI bit, ze lsnilby na niejednej plycie, konczac na opartym na slicznie „wycieniowanym” samplu z „Human Nature” MJ „It Ain’t Hard To Tell”. a przeciez jeszcze jest przepotezny hardkor „N.Y. State Of Mind”, mowiacy wiecej o ciemnej stronie zycia w tej metropolii niz wszystkie Sick Of It All’ razem wziete. przeciez jest jeszcze „Life’s A Bitch” z cudownie outrujaca kawalek partia trabki nagranej przez samego ojca Nasty Nasa (i goscinna zwrotka mlodzieniaszka AZ). i jeszcze radujacy serce i umysl „The World Is Yours”. i „One Love” z refrenowym udzialem Q-Tipa, zreszta producenta kawalka. wlasnie – malo sie zdarza, by producenci o tak charakterystycznym stylu (poza Q-Tipem takze Pete Rock, Dj Premier i Large Professor) stworzylo tak spojny muzycznie album. album, ktory moze i jest symbolem brzmienia Wschodu, hardcore’owego hip hopu, ale dla mnie stanowiacy jedna z najlepszych symbioz jazzu z rapem. oczywiscie ten pierwszy jest tu obecny tylko w samplach, ale sa to sample definiujace te kawalki – a jednoczesnie nie ma to nic wspolnego z zerowaniem na cudzesach praktykowanych przez kolege z Wybrzeza, Puffy’ego D. no i dla dopelnienia zajebistosci wizerunku tej plyty: 10 kompozycji. 40 minut. zero skitow. all killer, no filler.

powiem tak – ja zawsze bylem jednak G-Funkowcem, jesli chodzi o temat hiphopu. „Illmatic” pojawil sie zbyt pozno w moim zyciu, by mogl jakos znaczaco przewartosciowac moje mniemanie o hiphopie. i tylko dlatego 9/10 zamiast pelnej dziesiatki. ale moja ocena tej plyty niech zawiera sie w odpowiedzi na pytanie: Czy wyobrazam sobie muzyke hiphopowa bez „Illmatica”? nie, nie wyobrazam.

 

najlepszy moment: N.Y. STATE OF MIND

ocena: 9/10

Leave a Reply