Nagły Atak Spawacza – Hip Hop, Giwery I Bullterriery
wydawca: Camey
no dobra, to znow zajrzyjmy do Spawaczy z Poznania.
„Hip Hop giwery…” zostaly wydane zaledwie dwa lata po „Ninja Comanndo”, ale jak juz wspominalismy, Spawacze po sukcesie „Brata Juzefa” kuli zelazo poki gorace i w miedzyczasie zdazyli wydac dwa kolejne wydawnictwa. no i po raz kolejny doszlo do przetasowan w skladzie – zostal Fazi z Kamieniem, ale odpadli za to Zocha i, po raz drugi i jak na razie ostateczny, Dzwon. przede wszystkim jednak wrocil Kaczmi.
a wraz z nim – hip hop. koniec z eksperymentami, panowie znow robia to co wychodzi im najlepiej, czyli laczenie rapu z penerstwem. i trzeba uczciwie przyznac, ze robia to coraz lepiej. nawet jesli ten progres jest, za przeproszeniem, w chuj powolny i wciaz skrajnie obiektywnie to sa klimaty zenady tak formalnie, jak i tresciowo. tym jedynie, co jest w stanie uratowac ten album w oczach osob „niezrzeszonych” jest postac Kamienia. chlopak odwalil kawal dobrej roboty – jako wspolproducent wszystkich podkladow na plycie (owszem, generalnie celujacych w totalny minimal, ale juz np takie „Hip Hop Idioto” czy „Studenci Chemii” sa wyrzezbione naprawde stylowo, a i ten prymitywizm w wiekszosci przypadkow ma swoj urok), ale i jako raper na dobra sprawe jedyny tutaj zaslugujacy na to miano, dysponujacy *jakims flow*, predysponujacym go do mierzenia go tymi samymi kategoriami co reszte rap sceny. owszem, jaram sie fristajlem Faziego w „Alkoholach” czy „James Błond” (bo to fristajle chyba, nie?), ale na podobnej zasadzie co nawijka MC Terminatora, if ya know what I mean.
ale podkresle – to wszystko sa zarzuty bardziej obiektywne niz subiektywne. jako zwykly entuzjasta wciaz nie jestem w stanie zrozumiec, dlaczego prawie ci sami kolesie, ktorych teksty z debiutu wciaz po tylu latach rozjebuja od pierwszej do ostatniej linijki, tutaj tak rzadko potrafia nawiazac do tamtego Absolutu Lirycznego. ok, jest lepiej niz na „NC”, bo tam byl straszny dramat pod tym wzgledem, a tutaj mamy np chociazby „Jamesa Błonda”, skrajna patologia godna umieszczenia w towarzystwie „Pedała Romana” i „Meneli”. moze za duzo wymagam, ale cholera, podkresle jeszcze raz – „Bra Juzef” pod wzgledem killerskich wersow zawiesil poprzeczke tak wysoko, ze na palcach jednej reki mozna by wymienic raperow/plyty bedace w stanie ja przeskoczyc. ok, sentyment skrzywia troche perspektywe, ale nie az tak. „Brat Juzef” is da shit, dziwko.
i to wlasnie znow chcialem Wam przekazac. „Bullterrierow” to material rowny jak niemiecka autostrada, ale przynajmniej nie ma tu takich wtop jak na „Nindzy”. stad ocena wyzsza, ale tylko ociupinke. coraz mocniej dochodze jednak do wniosku, ze nie tylko „Brat Juzef” wymyka sie wszelkim kryteriom ocen muzyki, ale i praktycznie cala dyskografia Spawaczy.
najlepszy moment: ALKOHOLE
ocena: 6/10
