Misty in Roots
kto: Misty in Roots
Koncert odbywał się w ramach jakiegoś festu o nazwie „Okna na świat” czy coś tam. Parodniowo, z dosyć zróżnicowanym repertuarem – nie tylko muzyka. Ale nie ukrywam, że mnie najbardziej interesował ten jeden koncert. Odpuściłem sobie grające przed Misty world music z różnych stron świata (ponoć występował też wcześniej Glenn z Blendersów ze swoim solowym projektem). Choć przybywając na miejsce około 21.30 (teoretyczna godzina rozpoczęcia występu Misty), to właśnie zaczynała grać tego typu kapela. Więc była jeszcze godzinka na opróżnienie jednego browarka i pogaduchy ze znajomymi.
Generalnie jednak fajnie zorganizowany koncert. Ze sporą frekwencją, którą Targ Węglowy, na którym odbywała się impreza, spokojnie pomieścił. W roli konferansjera oczywiście Larry Okey Ugwu, a także jakaś druga pani, której nie skojarzyłem. I która z uporem maniaka mówiła „mitsi in ruts”. Yeah, mitsu in bishi.
Muzyka: Misty in Roots. Co tu można powiedzieć. Legenda muzyki reggae. Brzmiało legendarnie, bardzo oldskulowo. Prawdziwa orkiestra na scenie, soczyste brzmienie, spokojnie, o Jahu i Babilonie. Wokalista w sędziwym wieku, ale z mega powerem. Nie biegający po scenie jak młodzian czy Mick Jagger, ale też nie stojący w miejscu. Pozytywne wibracje, publika kupiona od razu. Choć znów pojawił się mój odwieczny problem – po pewnym czasie te melodie przestałem rozróżniać i powiewało nudą. Niemniej koncert świetny. Zaufana firma, choć lata największego prosperity mająca już za sobą. Ale dobrze, że istnieją. I dają takie fajne, darmowe koncerty.
najlepszy moment: GHETTO OF THE CITY
ocena: 6,5/10

