rageman.pl
Muzyka

Michael Patrick Kelly

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: Michael Patrick Kelly

Moja praca wywiewa mnie czasem na bardzo dziwne meandry muzyczne. Dziś będzie o jednej z takich sytuacji.

Jeśli jesteście millenialsami wychowanymi w Polsce, to nie ma opcji, by nazwa „Kelly Family” była Wam obca. U mnie w podstawówce były wręcz zwalczające się obozy – fanów Backstreet Boys i Kelly Family właśnie. Chociaż „zwalczanie” to określenie trochę na wyrost, bo do żadnych rękoczynów na szczęście nie dochodziło. Będąc w pierwszym z tych obozów, wyśmiewaliśmy fanki (obóz KF miał zdecydowanie większy procent płci pięknej niż obóz BSB) rodziny Kelly od brudasów i wieśniaków. Przy czym w moim przypadku „pretensje” miałem raczej do wizerunku i otoczki Kelly Family aniżeli muzyki – nie ma co ukrywać, kilka piosenek im wyszło i lubiłem sobie od czasu do czasu je zapuścić. Oczywiście, kiedy nikt z mojego obozu nie patrzył.

21 wiek okazał się średnio łaskawy dla obu bandów – i o ile Backstreet Boys, jako zespół o ewidentnie większej popularności w skali globalnej, gdzieś tam jeszcze się przewijał na moim muzycznym radarze, tak Kelly Family kompletnie z niego wypadło. Coś tam się obiło o uszy, że poszli w solowe kariery (a przynajmniej część z nich – mówimy o zespole blisko 10-osobowym, o ile dobrze pamiętam), ale co gdzie jak – zupełnie mnie to interesowało. Nazwisko Kelly pojawiło się znów w moim życiu dopiero kilka lat temu, kiedy zaczęło widnieć w Sonowskim rosterze. Mowa konkretnie o Michaelu Patricku Kellym, w latach 90-tych znany jako Paddy Kelly. Jeśli ktoś pamięta – to ten rudzielec, który obok Angelo (blondasek) wyśpiewywał największe przeboje. I jeśli w tamtych latach miałbym wskazać tego z Rodzinki, kto zrobi największą solową karierę, to typowałbym właśnie jego. Zatem jakaś sprawiedliwość dziejowa nastąpiła.

Ale żeby od razu iść na koncert? Choć solowe rzeczy ewidentnie stoją na wyższym poziomie niż dokonania MPK z resztą rodziny, to jednak wciąż jest to pop rock w proporcjach zdecydowanie bardziej na korzyść popu. Mix, od którego staram się trzymać tak daleko jak tylko się da – co nie jest łatwe, bo polskie media tradycyjne uwielbiają to połączenie, zapychając anteny Pectusami, Feelami i innymi rzygami od lat. I prawda jest taka, że sympatyczny bądź co bądź (daję słowo, miałem przyjemność poznać) Michał znalazł w Polsce idealny rynek zbytu dla swojej twórczości, regularnie nas odwiedzając. Czy to w ramach festiwali (przy czym raczej mówimy o tych odbywających się w stacjach telewizyjnych), czy to koncertów w pomniejszych miejscowościach. Dlatego trochę zdziwiłem się gdy ogłoszono koncert w najbardziej zblazowanych z Polskich miast – i to jeszcze w takim obiekcie jak Torwar, która niejedna zagraniczna gwiazda próbowała wyprzedać i poległa.

Szykował się więc nietypowy wieczór i o tym, że taki rzeczywiście będzie, przekonałem się już w momencie wylądowania na Torwarze. Koncert miał się rozpocząć o 20.00, wylądowałem jakieś kilka minut przed. „Ok, zdążę kupić browara”, pomyślałem i sekundy później próbowałem już przekuć pomysł w czyn. Próba nieudana – okazało się, że sprzedaż alkoholu chwilowo wstrzymana, gdyż zaraz Torwarowskim lobby będzie szła sama gwiazda wieczoru. I rzeczywiście – na salę koncertową wszedł dokładnie głównym wejściem. Jak to dokładnie wyglądało – nie wiem, gdyż wszyscy spóźnialscy zostali przetrzymani aż do drugiej piosenki.

W końcu się udało wejść i kolejne zaskoczenie – miejsca siedzące? Ki czort? Chłop myśli, że jakąś operę wystawia czy co? O tym, skąd ten pomysł, przekonałem się już po trzech godzinach. Bo tyle właśnie trwał koncert. Bez supportu.

I powiem tak – wyznaję zasadę „mniej znaczy więcej” także w kontekście koncertowym. Rzekłbym nawet, że im starszy tym bardziej radykalny się w tej kwestii staję, co oczywiście ma też związek z wymogami organizmu. Ale w przypadku tego koncertu uważam, że miało to sens. Nie chcąc wchodzić w klasizm, ale obserwując publikę tego wieczoru trudno nie było odnieść wrażenia, że w sporej mierze są to ludzie, dla których taki koncert, oglądany na żywo a nie przed telewizorem, był czymś bardzo nowym. I płacąc te kilkaset złotych (ceny i tak były dużo niższe niż to, co zazwyczaj narzuca taki np. Live Nation) oczekiwali na pewno więcej niż jakąś zblazowaną gwiazdę, męczącą się z półplaybackiem i schodzącą ze sceny po godzinie. I to dostali. Trzy godziny uczciwego grania na żywo.

Może opera to nie była, ale jednak coś ze spektaklu ten wieczór miał, bo działo się naprawdę sporo. Zapraszanie publiki na scenę (po wcześniejszym „łowieniu” ludzi z transparentami) czy wykonywanie piosenek w okrojonej instrumentalnie wersji z różnych miejsc sali koncertowej to raczej standard. Ale już np. minuta ciszy dla ofiar wojen (np w Ukrainie) to pewne novum. Zwłaszcza że ta cisza była naprawdę, hm, cicha – wszyscy uszanowali, co w kontekście coraz mocniejszych antyukraińskich nastrojów w naszym pięknym kraju nie było tak oczywiste.

Nie będę udawał, że z twórczością MPK jestem za pan brat – znam tyle, ile było to niezbędne w ramach mojej pracy. Zatem nie będę rzucał tytułami, za to pokuszę się o kilka refleksji ogólnych. Po pierwsze – sporo featów nazbierał nasz bohater przez te wszystkie lata. Shaggy, Gentleman, wokalista Reamonn, czy chyba najbardziej zaskakujący, czyli występ legendy rapu, Rakima, w „Wonders”. Rzecz jasna nikt z tych gości nie stawił się osobiście na Torwarze, ale byli jak najbardziej obecni na wizualizacjach i głośnikach. Druga rzecz i najważniejsza – nawet jeśli wszystkie piosenki mieściły się w pop rockowych ramach, to wciąż momentami byłem pod autentycznym wrażeniem ich różnorodności. I hot take na dziś jest taki – w swych najlepszych momentach MPK spokojnie może konkurować z wykonawcami pokroju Jamesa Arthura czy, a niech mnie, Eda Sheerana. Choć w trakcie koncertu naszła mnie myśl, że jeśli ktoś dziś ma być „nowym Bryanem Adamsem” (przynajmniej w naszej części Europy), to Michael ewidentnie może startować po ten tytuł. Czy w tych piosenkach jest sporo „sera”? Owszem, jest. Ale podobnie jak u pozostałych wymienionych panów.

Aby zamknąć cały wpis pewną klamrą – czy były też piosenki Kelly Family? Niestety, tylko jedna. Ale za to ta absolutnie ulubiona, która od zawsze należy do soundtracku mojego dzieciństwa. „Fell in Love with an Alien”. „Hej, kto z Was pamięta lata 90te? A pamiętacie składanki Bravo Hits, gdzie nasze piosenki były np. obok „Cotton Eye Joe”? Pamięta ktoś Rednex?”. Jeszcze wzmianka o gumie Turbo i udałoby się uchwycić klimat lat 90tych w pełni.

najlepszy moment: FELL IN LOVE WITH AN ALIEN

ocena: 8,25/10