Metal Swim
rok wydania: 2010
wydawca: Williams Street
dalej tego nie ogarniam – stacja telewizyjna, powstala jako odnoga Cartoon Network, wydaje regularnie skladanki z muzyka niezalezno, ale wymiatajaca tak, jak wymiatalaby FC Barcelona w polskiej ekstraklasie. to tak, jakby Tv Trwam wydawal skladanki z polskim ulicznym hiphopem.
co wiecej, oni naprawde nie znaja ZADNYCH granic. i tak po skladance dubstepowej czas na firmowana przez nich kompilacje… metalowa. idea jest ta sama – zbieramy kawalki rzadkie badz w ogole wczesniej niepublikowane. znow ponad 80 minut muzyki. no i co najwazniejsze – znow jakosc najwyzsza. zaraz zaraz, metal i „jakosc”? yep, o ile pochodzi on z takich wytworni jak relapse czy southern lord. bo dzis to wlasnie te labele przoduja jesli chodzi o wydawanie metalu dla ludzi myslacych, metalu ktoremu przyswiecaja ambitniejsze cele anizeli prokowowanie headbangingu.
calosc mozna podzielic na trzy podzbiory. pierwszy zawiera zespoly uderzajace w dlugie dystanse, budowanie metalowych monumentow, choc w wiekszosci przypadkow nalezaloby dodac przedrostek post-. sztandarowym przykladem Isis („Pliable Foe” ze splitu z Melvinsami), w dalszej kolejnosci nalezaloby wymienic Jesu i Boris. a takze Pelican’a, choc akurat proponowany przez nich numer miesci sie w 4 minutach.
i obiektywnie to wlasnie te numery sa najciekawsze. a subiektywnie to ja jednak wciaz pozostaje fanem zwiezlosci, tak w rozmowach, jak i w sluchaniu muzyki. dlatego jednak stawiam na takie koniki jak Red Fang, Torche czy Black Tusk – zwlaszcza ze wiekszosc z nich dumnie reprezentuje takze barwy stonerowe.
no i jeszcze trzecia grupa – czyli „cudaki”. intrygujace, choc w dosc mocno perwersyjny sposob. bo wezmy taki „Path Of Ash” zespolu co sie Ludicra zowie. 10 dlugich minut, w ktorych zawarto zarowno blackowy skrzek, niemal emo przyspiewki, jak i heavy metalowe solowki. czyli wszystko to, co najgorsze w ciezszych odmianach muzyki gitarowej czy po prostu metalu. a jednak wciaga to jak, nomen omen, diabli. i gdzies sie podskornie wyczuwa, ze graja to kolesie z glowa na tyle otwarta, by byc w stanie dostrzec moc drzemiaca nawet w najbardziej kuriozalnych srodkach wyrazu. podobnie jak Withered – ekstrema do potegi entej, jakiej nie powstydziliby sie miski z Norwegii, a jednak nie zdziwilbym sie, gdyby stali za tym kolesie o aparycji polibudowego nerda, ktorzy o kosciolach wola pogadac przy kawie anizeli je palic.byc moze podobnie jest z zespolem Witch Mountain, ale akurat takiej kombinacji dziwnosci (zenskie operowe wokalizy na tle sludge’owej napierdalanki) nie jestem w stanie przyjac. niespecjalnie do tego towarzystwa pasuja tez thrasherzy z Death Angel, brzmiacy jednak ciut zbyt konserwatywnie.
generalnie – lepsza strona metalu, pozwalajaca odzyskac wiare w ten genre. choc tak po prawdzie wciaz lubie czasem posluchac i tej gorszej strony, do bolu schematycznej, czasem groteskowej. w koncu horrory to tez jeden czysty schemat, ale wlasnie za ta schematycznosc je uwielbiamy, prawda?
najlepszy moment: RED FANG – HANK IS DEAD
ocena: 7,5/10