Matt Kowalsky – Code
wydawca: Galapagos
No dobra, dam Wam trochę odpocząć od hiphopu. A lubicie muzykę klubową?
Taką tworzy od jakiegoś czasu Maciej Kowalski, najpierw pod pseudonimem HiQ Koval, w minionej dekadzie jako Matt Kowalsky. „Od jakiegoś czasu” ponieważ jak muzyczni archeolodzy pamiętają, Maciek zagościł na polskiej scenie muzycznej już w latach 90tych jako gitarzysta kultowego w pewnych kręgach Dynamind. Panowie lubili na swoim groovemetalowym poletku mieszać różne stylistyki („Mix Your Style” zresztą) i akurat to Kowalskiemu zostało do dnia dzisiejszego. Pomimo jednoznacznie klubowego sznytu całości dzieje się tu wystarczająco dużo, by bardziej stanowcze upieranie się przy tego typu szufladkowaniu uznać za nietakt.
Za gatunek, którego gościnny udział w konstrukcjach tych dziesięciu kompozycji należałoby uznać za najbardziej znaczący, jest chyba jazz. Wykorzystane różne odmiany dęciaków w praktycznie każdym utworze, a także dźwięków fortepianu, akordeonu, skrzypiec czy kontrabasu nie tylko nie gryzą się z podstawowywm, elektronicznym sztafażem numerów, ale pomagają uświadomić sobie, że całkiem sporo wspólnego mają te teoretycznie skrajnie odmienne oblicza muzyki. W końcu i tu i tu mamy do czynienia z dość liberalnym podejściem do struktury kompozycji, w którym hook instrumentalny stanowi punkt wyjścia dla dalszych poszukiwań, a nie ich efekt finalny.
Co jeszcze? Kapitalnie wypada gościnny udział Kroke w światowo brzmiącym – dosłownie i w przenośni – „Wiseman”. „Summer trace” to nie tylko cudnie chillująca rzecz, ale też kapitalne cytaty z Vivaldiego (muzyka), jak i Ireny Santor (tekst). Zresztą sporo tu sięgania po klasykę wszelkiego typu – w „Supertwarz” oldskulowo brzmi nie tylko wykorzystany „gramofonowy” sampel w intrze, ale i sama kompozycja, z cudnie zwiewnym (tu wyjątkowo śpiewa Marzena Rogalska – pozostałe wokale na płycie to bardzo dobra robota Ewy Broczek) refrenowym zaśpiewem (słuszny typ na singiel). Chociaż nie, palmę pierwszeństwa zgarnia pod tym względem „Rock The Casbah”. A właściwie palemkę, taką najlepiej kalifornijską – wprawdzie Clashowy oryginał to jednak z najbardziej chwytliwych rzeczy świata, ale chyba nawet sam Joe nie przypuszczał, że jego numer ma tak wakacyjny potencjał. Oczywiście obrońcy punkowych ideałów sierpnia gdyby tylko mieli sposobność usłyszeć ten cover wydaliby na Kowala wyrok śmierci, ale kto by się nimi przejmował.
Poza tym coverem jednak purystyczni fani rockowego soundu nie znajdą (paradoksalnie?) tu nic dla siebie. Jednak ci, którzy w pierwszej kolejności dzielą muzykę pod względem jakości, a nie przynależności gatunkowej po usłyszeniu tego albumu nie powinni mieć wątpliwości, dlaczego Kowalski nie poszedł za trendem wyznaczonym przez Illusion czy Tuff Enuff i nie reanimował Dynamindu. Pod względem artystycznym jest mu on zupełnie niepotrzebny. I mam nadzieję, że kolejny album jeszcze mocniej zdystansuje go od tych niewolników sentymentów, z którymi półtorej dekady temu dzielił sceny na trasach koncertowych.
najlepszy moment: ROCK THE CASBAH
ocena: 7,5/10
