rageman.pl
Muzyka

Massive Attack – Protection

rok wydania: 1994

wydawca: Circa

 

Wracamy po wielkanocnej przerwie. Chwilowo dam Wam odpocząć od rapsów i zajmiemy się znów Ważną Muzyką.

W przeciwieństwie do wielu osób nie mam problemu ze wskazaniem najlepszej płyty Massive Attack. To „Mezzanine”. To do trzeciej płyty magików z Bristolu wracam najczęściej, to ona najsilniej pobudza moje zmysły, to ją postawiłbym bez oporów na półce z najwybitniejszymi dokonaniami muzycznej pop-kultury. A jednak, odsłuchując „Protection” po naprawdę długim czasie rozłąki, zaczęły pałętać mi się po organizmie wyrzuty sumienia, przez które niemalże zacząłem edytować ubiegłoroczną recenzję „Mezzanine”. Niby żadne konkretne dissy nie poleciały tam na „Protection”, ale trochę nie fair jest takie wywyższanie jednego albumu kosztem drugiego. „Protection” nie zasługuje na to.

Ba, całkiem zrozumiałe jest dla mnie to, że po świecie chodzą ludzie, którzy to właśnie w „Protection” upatrują swojego faworyta dyskografii Massive Attack. Na pewno posiada ona unikalny klimat, incydentalnie obecny w późniejszej twórczości, a też jednak inny od tego z debiutanckiego „Blue Lines”. Klimat stanowiący niemal negatyw paranoi i niepokoju znanego z wydanego trzy lata później „Mezzanine”. Termin „chill out” kojarzy mi się z muzyczną konfekcją i innymi niefajnymi zjawiskami, ale jednak dość trafnie oddaje zawartość tego albumu. Odprężającą, oniryczną, momentami (np. numer tytułowy) także erotyczną. A przy tym jak najbardziej różnorodną, w tej różnorodności nie wychodząc wszakże poza granice spójności. Bo przecież nawet „Karmacoma” i „Eurochild”, w których rap-wokalne dialogi Tricky’ego i 3D tworzą klimat wyznaczający kierunek dla przyszłych dokonań, ani przez chwilę nie poddają w wątpliwość sensowność umieszczenia ich na tym albumie. A mamy tu jeszcze przecież obowiązkowy niemal pierwiastek Jamajszczyzny reprezentowanej przez Horace Andy’ego („Spying Glass”), podkład dźwiękowy pod wieczorne podróże komunikacją miejską „Three” (uśmiechający się także do sympatyków dance’owania) czy ujmujący orkiestralnymi brzmieniami w tle „Sly” z popisem wokalnym niejakiej Nicole (dla mnie nawet bardziej intrygującej niż Tracey Thorn, która też przecież na tej płycie czyni cuda).

Trip? Jak najbardziej, tyle że w najpozytywniejszym jego odcieniu. Szkoda że przerwany na końcu w tak brutalny sposób. Nawet jeśli ten cover „Light My Fire” nie miał być niczym więcej niż muzycznym żartem (inna sprawa, czy takim zespołom jak Massive Attack przystoją tego typu dowcipy), to umieszczenie go tutaj zakrawa na zamach. Murowany kandydat do najgorszego albumowego closera ever.

 

najlepszy moment: KARMACOMA

ocena: 8,5/10

Leave a Reply