rageman.pl
Muzyka

Manipulators

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: Manipulators

 

kto by pomyslal. idziesz sobie tak po prostu na koncert ciekawej kapeli, nie nastawiasz sie na nic, a tu nagle Cos Takiego. ponizej rozwiniecie mysli.

planowo impreza ma sie zaczac o 20.00. z doswiadczenia juz wiem, ze mozna spokojnie pol godziny pozniej sie pojawic (choc pod wzgledem obsuw to nic nie przesunie Radiostacji…). i to byl ruch sluszny. gdy juz jestem na miejscu dopiero trwa remont na scenie. juz sie troche ludzi uzbieralo. nie wiem czy to kwestia popularnosci Manipulators (w koncu to nie pierwsza ich wizyta w Uchu), czy moze to, ze po klapie frekwencyjnej koncertu Without End Ucho poszlo po rozum do glowy i zadbali o promocje. tak niewiele trzeba, pare niusow w necie i plakaty, a jak bardzo moze to uratowac impreze. jesli chodzi o aspekt jakosciowy publicznosci, to oczywiscie dominuje mlodziez regalowa, pozytywny, znajomy skin wykrzyknalby na ich widok „brudasy!”. choc sa i tez ludki ktore wydaje mi sie ze zalapaly sie na ta impreze ze wzgledu na popularne ostatnio koneksje reggea-dancehall-hiphop. hawajskie koszule, bauns itepe no i tede hehe. znajomych ryjkow brak. tyle jesli chodzi o to co pod scena. a jesli chodzi o sama scene… jakos kwadrans przed 21.00 na scenie zaczal grac support. o tyle zaskoczenie bylo duze, bo nawet na stronie Ucha nie bylo o tym informacji. kapela oczywiscie dziwekowo pasujaca do imprezy. na szufladkach sie nie znam, tym bardziej w tego rodzaju muzyki, wiec nie zarzuce haslem typu to bylo dub, czy tez roots reggea a moze ragga. aczkolwiek moglo sie podobac hiphopowym baunsiarzom, nawet bardziej niz dane glowne wieczoru. na scenie czterech muzykow. z tylu po lewej stronie bassista. nawet nie spodziewalem sie, jak dobrym trzeba byc basista by grac taka muzyke. cala publika poklada w tobie nadzieje, ze swoim instrumentem sprwowokujesz ich do nieustannego tanca. duza odpowiedzialnosc. szacuken. rowniez z tylu, po prawej jednak stronie, siedzial pan z komputerkiem ktory byl odpowiedzialny za wszystkie pozostale dzwieki. niby fajniej byloby, jakby wszystko jednak bylo tworzone tu i teraz, ale az tak to nie przeszkadzalo. no i dwa wokale na przodzie. zenski, bardziej stanowiacy tlo. i meski. zwracal uwage specyficzny stroj pana wokalisty. sukienka? nieee, to na pewno ma jakas nazwe. niemniej mialo to ksztalt sukni. jakkolwiek by wokalista nie byl ubrany, zwracal orzede wszystkim uwage jego wokal. i ciekawa barwa, i ciekawe zagrywki, a dodatkowo punkt za troske o kontakt z publika. w czym problem jednak? jak juz wspomnialem, nie moglem nigdzie znalezc infa o tym coz to za kapela byla, wiec ktokolwiek widzial, ktokolwiek wie, prosozny jest o pomoc!!

wspomniany wyzej band gral pol godzinki okolo. przerwa techniczna. w tym czasie znaczne masy przbyly do Ucha. ostatecznie jesli chodzi o frekwencje bylo bardzo godziwie, choc o tloku nie moglo byc mowy. w koncu okolo godizny 21.30 wychodzi na scene piatka muzykow. i zaczyna sie. rejdzmena tanczacego mozna zobaczyc rzadziej niz UFO w przestworzach. ale innej mozliwosci nie bylo – nie mozna bylo stac. nie wiem czy to kufa jakas czarna magia, ale przez to co dolatywalo z glosnikow stracilem calkowicie kontrole nad cialem. a nawet gdyby czyjes cialo bylo odporne na ten syreni spiew, to i tak musial zwrocic uwage na jakosc tych dzwiekow. ofkors znow nie bedzie szufladkowania. jesli zespol akceptuje „dub/reggea” na plakatach obok ich nazwy, to moze cos w tym jest. dla mnie to o tyle bylo ciekawe, ze moglem znalezc w tym zarowno zaspkojenie dla moich hiphopowych receptorow, jak i elektronicznych czy tez zwlaszcza rockowych. i moze dlatego tez przez niemal poltorej godziny koncertu nie poculem sie ani przez chwile znudzony? co dziwi, gdyz zawsze moje podejscie do muzyki regalowej bylo takie, ze po pol godziny sluchania cuzlem sie znudzony. a tutaj chcialem by koncert jak najdluzej trwal. niebywale. moze warto wspomniec o tym kto byl za to odpowiedzialny. po samiuskiej prawej stronie sceny perkusja. fajnie ze byla. lepiej sie tego slucha, zwlaszcza ze i w takiej formie dzwiekowej ten gatunek muzykow moze sie popisac. srodkowa i najwieksza czesc sceny okupowali wioslowi. dwoch gitarzystow i basista. najbardziej zwracal uwage z tej trojcy basista, swoistego rodzaju showman. najwiecej sie rzucal, wciaz dbal o kontakt z publika. o tyle utrudnionym, ze nie mial do dyspozycji mikrofonu. a jednak wystarczyly same gesty. gitarzysci byli juz znacznie skromniejsi. zwlaszca en z lewej strony, nie wiem czemu kojarzacy mi sie z johnem frusciante. o tyle uzasadnione, ze czasem wybieral sie ze swa gitara w wycieczki w ewidentnie rockowe rejony. no i po lewej stronie, za wielgasna konsoleta, czlowiek odpowiedzialny za wszelkie dodatkowe tlo. czy to sample, czy tez dziweki instrumentow dodatkowych typu sitar (jesli dobrze kojarze). a rowniez za kontakt werbalny. choc jak sam twierdzil, jego inglisz jest „weri weri bed”. ale o tyle uroczo to brzmialo, ze jeszcze akcent francuski byl slyszalny az do bolu. ai tak radzil sobie niezle. pdsumowanie? koncert (uwzgledniajac jeszcze zabawe publicznosci) prownywalny do najlepszych. niespodzianka prownywalna do tej, jaka sprawil faithless na open’erze (przynajmniej jesli chodzi o stopien zaskoczenia mojej osoby). ewidentnie warty tych czternastu zlotych. szkoda, ze po dwoch bisach zeszli w koncu. naprawde chcialo sie jeszcze posluchac.

 

najlepszy moment: BIND US

ocena: 7/10 

Leave a Reply