rageman.pl
Muzyka

Loud Rocks

rok wydania: 2000

wydawca: Loud

 

czy zwracacie uwage na to, jakie firmy wydaja plyty waszych ulubionych wykonawcow? dzisiejszy przecietny konsument muzyki ma to zapewnie w dupie. byc moze slusznie. w koncu najwazniejsza jest sama muzyka. ale w przypadku ludzi poszukujacych nowej muzyki taka informacja jest na wage zlota. bo np dzieki sprecyzowanej polityce wydawniczej firmy raczej wiemy, czego sie spodziewac po Relapse, Ninja Tune czy, z drugiej strony, My Music. konkretnych dzwiekow, a w przypadku DOBREJ wytworni – konkretnej jakosci.

bywa i tak, ze wytworniom nie wystarcza byc znanym z tego, co wydaja. co jakis czas trza polansowac marke firmowym skladakiem. wiekszosc ogranicza sie do upychania krazka biezacymi singlami. na szczescie bywaja tez i skladaki z pomyslem. roadrunner, na ten przyklad, z okazji 25lecia kazal wykonawcom ze swojego katalogu kolaborowac z soba i stworzyc zestaw nowych utworow.

hiphopowy loud records, wydajacy m.in. wczoraj omawianego dead preza, tez mial pomysl. moze niezbyt swiezy, moze na tamten czas wrecz koniunkturalny, ale jednak w efekcie koncowym intrygujacy. otoz kazal swoim wykonawcom (obok dead prez: wu-tang, mobb deep, xzibit, big punisher, m.o.p., the alkaholiks) nagrac nowe wersje swoich bardziej badz mniej klasycznych utworow z udzialem rockmanow. czyli nie „judgement night” OST, gdzie rockersi i raperzy tworzyli nowe kompozycje. ale jednak tez to jakis pomysl.

coz, chociaz jestem schizofrenikiem lubiacym niemal kazdy gatunek muzyczny, to jednak juz na zawsze na 1 miejscu beda gitary i rapy. fascynacja ta doprowadzila mnie do zajawki numetalem (coz, z dzisiejszej perspektywy mysle, ze zawsze to lepiej niz jarac sie folk metalem czy therionem), a nawet bardziej – rapmetalem, rapcorem czy wszystkim tym, gdzie slychac rymowanie na tle gitar. i dlatego nie umiem nie doznawac przy tym albumie. ba, moze nawet bardziej niz przy wspomnianym soundtracku do „judgement night”. bo chociaz dobor artystow z rock-strony moze i gorszy (coz, sevendust i static-x to jednak nie sonic youth czy faith no more), ale za to lepiej sie slucha calosci. moze dlatego ze to sa jednak TE NUMERY? moze dlatego, ze jednak przewazaja hiphopowcy w wiekszosci numerow? gdyby kierowac sie logika to moznaby nawet poznecac sie nad tym albumem, bo sporo tu schematu „zwrotki zdominowane przez raperow z pobrzedukacymi gitarami w tle i rykniecie rock-wokalu w refrenie”. ale z drugiej strony dla mnie to idealne rozwiazanie, bo kto by chcial sluchac w wiekszej dawce takich leszczy jak sugar ray czy endo? dlatego idealnie powielajacy ten schemat „make room” (tha liks & sugar ray) jest jednym z moich faworytow tego albumu.

najfajniej robi sie jednak, gdy powstaje calkiem nowa jakosc. sztandarowym przykladem „shame” wu-tangu i system of a down (zreszta chyba najbardziej znany track z tego cd). tutaj juz dominuja ormianie. moze i ich styl na dluzsza mete meczyc (choc w duchu blizej tej przerobce wciaz poteznemu debiutowi soad), ale trudno odmowic im w tym przypadku inwencji tworczej. a bardziej bezposrednio – rulezuje ten numer. „hip hop” dead preza dzieki elektronicznemu podbiciu numetaloindustrialowcow ze static-x nabral wigoru, ktorego imho troche brakowalo oryginalowi. absolutna rewelacja jest dla mnie „how bout some hardcore” M.O.P. tutaj za rockowy wklad odpowiada Butch Vig (ukrywajacy sie pod pseudonimem Grunge Is Dead – dobre!). idealna symbioza energii rapu i gitarowego czadu. moze dlatego, ze nie zeniono tu na sile dwoch skladow, jeno Vig sam uozdobil rymy Mopowcow. „Survival of the fittest” dzieki udzialowi prawdziwkow z Sick Of It All najbardziej traci szlachetnym oldschoolem… no, jesli poczatek lat 90tych uznac za oldskul. mocno przyjemnie sie slucha tez kolaboracji incubusa i big punishera w „Still Not A Prayer” – grubasek wzniosl pizdowate granie tych pierwszych na wyzszy level, hehe.

sluchajac takich albumow jak „Loud Rocks” zal sie robi, ze dzieki czeresniakom rzadzacych na listach przebojow poczatku XXI wieku laczenie rapu z metalem wydaje sie byc dzis procederem nie tylko czerstwym, ale i smiesznym. no ale coz, na kazdy gatunek przychodzi pora. czekam, az wreszcie czas rozliczy sie z „indie” scena i odcedzi ja z paskotrampkowego frajerstwa.

 

najlepszy moment: BUTCH VIG & M.O.P. – HOW BOUT SOME HARDCORE

ocena: 8/10

Leave a Reply