rageman.pl
Muzyka

Limp Bizkit

gdzie: Atlas Arena, Łódź

kto: Limp Bizkit, Bones, Ecca Vandal, N8NOFACE, Karen Dió

 

Jeśli regularnie zaglądacie na tego bloga (wariaty!) to być może zauważyliście że w tym roku nie było jeszcze żadnej relacji koncertowej. Cóż, nie wchodząc w szczegóły – troszkę się odechciało i bardziej cenię sobie czas spędzony w domu. Natomiast w tym wypadku wiedziałem, że nie ma takiej opcji bym odpuścił. O nie nie, czekałem na ten koncert za długo. Nie przesadzając – prawie trzy czwarte mojego życia.

Najlepsze w tym wszystkim jest to że to nie jest tak, że tych okazji by zobaczyć Limp Bizkit na żywo nie było. Tych okazji było aż sześć, a żeby było jeszcze śmieszniej – w latach 2009-2016 występowali niemal co roku! Z rozmaitych powodów jednak się nie udawało – zdrowotnych, logistycznych, finansowych. Inna sprawa, czy wtedy był najlepszy moment aby zobaczyć ich na koncercie?

Powiedzmy sobie szczerze – o ile zespół zawsze miał niemal tyle samo zwolenników co zagorzałych przeciwników, tak w ubiegłej dekadzie nastąpił moment, kiedy stali się zwyczajnym pośmiewiskiem koncertującym głównie po Rosji (niestety nie wiadomo czy Fred Durst porzucił te sympatie po agresji na Ukrainę). I nagle coś zaskoczyło, zupełnie z niczego. Zaproszenie na Lollapaloozie, choć ta już dawno porzuciła swe indie ideały, wydawało się aktem samobójczym ze strony organizatora festiwalu – tymczasem okazało się to być początkiem Limp Bizkit revivalu. Który trwa nadal i wydaje się przybierać coraz dziwniejszą formę. Bo z jednej strony – grają po arenach całego świata (warto tu dodać, że jeszcze 10 lat temu LB grali w Polsce w Stodole, Szczecinie czy na… Ursynaliach). Nie wzbudzają już tak powszechnego hejtu – w pewnych kręgach słuchanie Limp Bizkit jest wręcz cool, nowa fala zespołów metalowych (niekoniecznie nawet nu-) podaje ich jako jedną z inspiracji, a Travis Scott pozuje do zdjęć promocyjnych w ich koszulce. Z drugiej jednak strony – po dekadzie pompowania balonika pt. „nowy album” wyrzucają go (wraz z tytułem, jak zwykle ambitnym: „Stampede of the Disco Elephants”) do kosza, by wydać bez prawie jakichkolwiek zapowiedzi zupełnie nowy materiał. W undergroundowym labelu, bez nośnika fizycznego (nie aby w czasach streamingu miał on jakiekolwiek znaczenie, niemniej jest to trochę znamienne), przede wszystkim bez jakiejkolwiek promocji – social media zespołu praktycznie nie istnieją, a budżet klipów do „Dad Vibes” i „Out of Style” (o ile obrazek do tego pierwszego z tańcami nad basenem można nazwać oficjalnym teledyskiem) prawdopodobnie wynosił równe 0 dolarów. Spora zmiana w stosunku do czasów, kiedy do klipów angażowali topowych hollywoodzkich aktorów. Nie aby wcześniej nie popełniali dziwnych ruchów wydawniczych (ktokolwiek pamięta jeszcze coś takiego jak „The Unquestionable Truth (Part 1)”?), niemniej jednak wciąż mnie fascynuje to co dzieje się wokół tego bandu. I jako osobę zawodowo zaangażowaną w branżę muzyczną, a przede wszystkim jako słuchacza.

Dlatego nie, nie żałuję że dopiero teraz ich zobaczyłem na żywo. A już na pewno nie żałuję po tym, czego doświadczyłem w niedzielę w Atlas Arenie.

Prawdopodobieństwo że usłyszysz swe ukochane utwory z zamierzchłych lat, z prime time’u danego zespołu/artysty zmniejsza się wraz z kolejnym rokiem, a przede wszystkim wraz z kolejnym albumem. No bo nie po to się nagrywa nową muzykę, by jej później nie promować, a setlista nie z gumy. Cóż, nie w przypadku Limp Bizkit Anno Domini 2025. Nie tylko nie zagrali zupełnie niczego z nowego albumu – pomijając „Gold Cobra” (nie na poziomie wcześniejszych hitów, ale całkiem znośny track) i covery: The Who „Behind Blue Eyes” (tzw. zapalniczki-, a właściwie latarki-w-telefonach-moment) z „Results May Vary” i „Faith” George’a Michaela z debiutanckiej płyty, całą setlistę stanowiły utwory wyłącznie z dwóch albumów wydanych w ’99 i ’00 roku! Można więc było się poczuć nie tyle jak na słynnym niedoszłym koncercie w katowickim Spodku z ’04 roku, co na nie mniej słynnym festiwalu Family Values z przełomu wieków.

Oczywiście powybierali z „Significant Other” i „Chocolate Starfish…” wszystko co najlepsze. Czyli po prostu single. Na dzień dobry (ale też i na dobranoc) – co już jest od jakiegoś czasu tradycją ich koncertów – „Break Stuff”. Dawać największy hit (nie tylko tego zespołu, ale być może całego gatunku) na sam początek? Tutaj akurat to działa, bo daje energetycznego kopa już do końca koncertu. Potem mniej oczywisty wybór z „SO” – „Show Me What You Got” – a potem już wiązanka z Czekoladowej Rozgwiazdy – „My Generation”, „Livin’ It Up”, „My Way”, „Boiler”,  „Take A Look Around” (z pozdrowieniami dla Toma Cruise’a, z wiadomych względów), „Hot Dog” (niestety bez pozdrowień dla Trenta Reznora), „Full Nelson” (tu na scenę został zaproszony fan do wspólnego wykonu – podejrzanie dobrze mu poszło), no i last but not least – „Rollin'”. Boli, że z „SO” zabrzmiał tylko najbardziej wyczekiwany przeze mnie „Nookie”, na dodatek ucięty w połowie. Dla mnie ta płyta zawsze będzie jedną z najważniejszych w życiu, doświadczeniem pokoleniowym, metafizycznym biletem do wspaniałych, beztroskich czasów przełomu wieków. A z tego co widzę w setlist.fm, zdarza im się na tej trasie grać np. „Re-Arranged” czy „9 Teen 90 Nine”. Ale też fajnie byłoby usłyszeć rodzyneczki z innych albumów, które zagrali już na tej trasie – kapitalny „Eat You Alive” (na szczęście Wes Borland nie ma syndromu Johna Frusciante, nie tykającego utworów RHCP do których nie przyłożył ręki) czy „Counterfeit” z „Three Dollar Bill, Y’All”. Kurde, nawet do „Dad Vibes” fajnie byłoby usłyszeć. Z drugiej jednak strony – w końcu zaprzestali rozrzedzać setlistę koncertową cudzesami, które czasem niebezpiecznie przeważały w repertuarze. Tutaj dostaliśmy tylko snippet „Angel of Death” Slayera (najs!) – reszta samo mięsko.

O ile muzycznie było jak w ćwierć wieku temu, tak wizualnie było ewidentnie widać który mamy rok. Nie mówię tu o nader skromnej scenografii – swoją drogą dawno nie byłem na koncercie bez telebimów. Chodzi mnie tu przede wszystkim o samych muzyków. Cóż, wiek robi swoje, ale też lata melanży. Sam Rivers, swego czasu najbardziej ruchliwy z instrumentalistów, dziś stateczny pan w marynarce, po chorobowych przejściach. Zresztą wszyscy posunięci w latach (minus Wes Borland, ale myślę że gdyby nie był schowany za jak zawsze ekstrawaganckim przebraniem to jego też by to dotyczyło), niemniej nikt nie przeszedł takiej metamorfozy jak Fred Durst. W Łodzi był już bliższy temu co pamiętamy sprzed lat – bo ostatnio zdarzało mu się występować w ortalionowym dresie czy afro – ale ta broda świętego Mikołaja wciąż wywołuje brainfuck. Przede wszystkim jednak metamorfoza zaszła w samej głowie lidera LB. To już nie jest nabuzowany testosteronem prowokator-mizogin z Woodstocku ’99. Nie wiem czy można zmądrzeć na stare lata, ale jeśli tak to właśnie Fred Durst chyba doświadczył tego cudu. Spokój, pokora, uprzejmość (!), a przede wszystkim – ogrom dystansu do siebie samego (przypominam, chłop nazwał najnowszy album swego zespołu „Still sucks”). Limp Bizkit aktualnie to zespół który wie, że już Grammy nie wygra, że nikt nigdy ich nie wymieni obok Radiohead czy The Beatles – i mają z tego frajdę. Nie mam insiderskiej wiedzy o zespole, ale mam podejrzenia, że oni nigdy wcześniej – a przede wszystkim Wes Borland – nie czuli się w tym zespole tak dobrze jak teraz. Jeśli nie masz nic do stracenia…

Wyszła z tego kilometrowa notka, ale muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, za którą propsuję Dursta i ten zespół. Bo mogli zrobić z tego numetalową, nostalgiczną objazdówkę po świecie (za kilka tygodni w Gliwicach wystąpi zestaw Godsmack/P.O.D./Drowning Pool – how retro is that?). Tymczasem Loserville – przynajmniej w wydaniu europejskim – miał więcej wspólnego z Off Festivalem niż Ozzfestem ’99. Brazylijski punk Karen Dió, synth-industralny wariat N8NOFACE, alt-rock Ecca Vandal (dla mnie najlepszy element tego zestawu) i newschoolowy, mroczny rap Bones – każdy support z innej parafii, ale razem tworzyło to kapitalny zestaw, o dziwo całkiem nieźle przyjęty przez publikę. Fred Durst amerykańskim Arturem Rojkiem? Tego nie było na mojej karcie do bingo.

Kolejne marzenie koncertowe spełnione. Panowie z Deftones, czekam już tylko na Was.

 

najlepszy moment: to naprawdę był wspaniały koncert w całości, bez słabych punktów

ocena: 9,25/10

Leave a Reply