Kawałek Nieba
reżyseria: Michael Koch
Przyznam bez bicia, że przypominając sobie wszystkie filmy obejrzane podczas Nowych Horyzontów zupełnie wyleciał mi z głowy fakt konfrontacji z „Kawałkiem Nieba”. Niesprawiedliwie, bo były w repertuarze o wiele gorsze filmy, bardziej zasługujące na zapomnienie. Nie jest też tak, że ten film jest nijaki. Jest on po prostu wręcz wybitnie, hm, niewychylający się.
Sama główna historia jest dość prosta, żeby nie powiedzieć banalna. Ona – piękna, młoda, inteligentna. On – prosty chłop, którego jedynym sensem życia jest jego wiejska codzienna robota, na dodatek posiadający dość toporną urodę. A mimo to, ku dezaprobacie otoczenia, nie tylko połączyło ich uczucie, ale też deklarują sobie to uczucie przed ślubnym kobiercem. Jednym słowem – mezalians. Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, kiedy (SPOILER!) u Marco zostaje wykryty nowotwór mózgu, prze który stopniowo traci kontakt z rzeczywistością. Mimo to Anna walczy nie tylko o tę miłość, ale i prawo do tej miłości.
Powiedzmy sobie szczerze – historia ta mogła by się wydarzyć pod dosłownie każdą szerokością geograficzną. Co więc czyni ją na tyle wyjątkową, że Szwajcarzy postanowili wysłać ten film jako ich reprezentanta w wyścigu po przyszłoroczne Oscary? Przede wszystkim – film jest de facto wizytówką samej Szwajcarii. I owszem, przepiękne są te alpejskie obrazki i zawarty w nich „kawałek nieba”, pokazane zgodnie z tempem życia osób na nich przedstawionych – baaaaaaaaaaardzo niespieszny. I tu niestety też tkwi główny problem dzieła Kocha. Bo jeśli ktoś preferuje np. latynoskie klimaty czy też po prostu jest odporny na urok takiej wiejskiej, alpejskiej codzienności, to będzie czuł podczas seansu permanentne zniecierpliwienie. Ja sam miałem niejednokrotnie uczucie, że mogłaby ta historia w końcu poruszyć się do przodu i czy nie lepiej byłoby zrobić z tego krótki montaż. A mówię to jako osoba, która była zachwycona pięciominutową sceną zamiatania podłogi w ostatnim sezonie „Twin Peaks”. Być może też nie każdego przekonają wplecione tu przerywniki z chórem komentującym wydarzenia na ekranie. Plus jest taki, że chyba także według zamysłu reżyseria nie powinny być one traktowane zbyt serio – bo jest tu jeszcze kilka takich WTF elementów, odciążąjących główny wątek filmu, jak przybycie ekipy filmowej z Bollywood do wioski czy wykorzystanie jednego z największych hitów lat 90tych.
Jeśli to nie wybrzmiało, to podkreślam – to bardzo ładny film, tak wizualnie jak i merytoryczny. Ale jak to śpiewał Podsiadło – „nie ma fal”. I nie chodzi tylko o to, że w górach nie ma zbiorników wodnych.
najlepszy moment: nie no, ale serio to wykorzystanie „What Is Love?” tutaj jest wspaniałe
ocena: 7,75/10
