rageman.pl
Film

Jestem

rok: 2005

reżyseria: Dorota Kędzierzawska

 

Znacie panią Dorotę Kędzierzawską? Może mówi coś tytuł „Nic”? Nie? Nie szkodzi. Bo właśnie „Jestem” staje się jej najlepszym filmem i jeśli chcecie mieć pojęcie o jej reżyserskim talencie, to sięgajcie po ten właśnie obraz. Zresztą nie tylko z tego powodu.

Oto fabuła. Jest sobie bohater o ksywie Kundel, wychowujący się w domu dziecka. Pewnego razu ucieka stamtąd i wraca w rodzinne strony, gdzie rezyduje jego matka. Niestety matce (Edyta Jungowska) ni w ząb powrót syna. Opuszczony, totalnie samotny, postanawia zamieszkać w starej barce. Zdany tylko na siebie, jest w stanie przeżyć tak szmat czasu. To ważny wątek, ale nie o survival w tym filmie chodzi. Bo pojawia się drugi ważny bohater — dziewczynka o pseudonimie Kuleczka. Choć w przeciwieństwie do głównego bohatera mieszka w dostatnim domu (w roli głowy rodziny Paweł „Tomek” Wilczak), również czuje się samotna. Z czasem blokada — na której powstanie miała wpływ „nienajciekawsza” uroda Kuleczki — znika, a między bohaterami rodzi się najczystsze z możliwych uczuć.

Filmów z dziećmi służącymi jako medium do obserwacji świata mieliśmy od groma. O małoletnich uciekinierach również. A jednak warto obejrzeć ten film. Bo nawet jeśli Wasze życie po tym filmie się nie odmieni (chociaż…), to zdecydowanie wyjdziecie z kina mądrzejsi i odrobinę wrażliwsi na to, co dzieje się dookoła. Bo film odkrywa przed nami niezwykle smutny fakt, który choć tak bliski realiom polskim, to niestety występuje pod każdą szerokością geograficzną. I w ukazaniu tej dołującej prawidłowości upatruję główny cel tego filmu, na co może wskazywać sam tytuł. Niektórym ludziom przeszkadza w innych sam fakt, że są. Że żyją. Najsmutniejsze, że dotyczy to również — a może zwłaszcza — dzieci. Tak jak w „Misiach” Heya — „sześcioletni wyrzut sumienia”. Siedmioletni. Ośmioletni. Czasem dwuletni. Najgorsze, że w przypadku dzieci kończy się to opuszczeniem, zostawieniem na pastwę losu. Najgorsze rozwiązanie? Nie. Bo wystarczy włączyć telewizor, by w wiadomościach zobaczyć, że matka zostawiła dziecko na pewną śmierć. I jak tu wierzyć w ludzi?

Jednak to refleksje poseansowe. Tak naprawdę film w trakcie samego seansu lśni znacznie jaśniejszymi barwami. Odkrywaniem piękna w uczuciu rodzącym się między dwiema samotnymi jednostkami. Tym piękniejszym, gdy jest to uczucie między dwójką dzieciaków (proszę bez pedofilskich skojarzeń — mówimy o poważnym filmie). Nieuzależnionym od fizyczności, hierarchii społecznej i innych mniej lub bardziej bzdurnych okoliczności. I w tej walce z samotnością upatruję drugi punkt ciężkości filmu.

Tyle kwestie merytoryczne. A teraz kwestie techniczne. Piękne, nastrojowe, „jesienne” zdjęcia skontrastowane z ponurymi obrazkami z domu dziecka. Montaż bardziej uspokajający niż zapierający dech w piersiach. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada sam Michael Nyman i to słychać. Po prostu światowy poziom. A jednocześnie — choć to jedyny w ekipie realizatorskiej osobnik o międzynarodowej sławie — nie dominuje. Muzyka jest dla filmu, nie odwrotnie.

No i aktorzy. W dorosłych rolach gwiazdy z „Na dobre i na złe”. Choć Wilczak jest na ekranie przez parę chwil i zdecydowanie niewiele wnosi do całości, tak postać kreowana przez Jungowską, choć też niezbyt eksponowana, odgrywa istotną rolę. I cieszę się, że akurat gra ją „Bożenka”, wciąż tak niedoceniona aktorka w polskiej kinematografii. No i widać przez moment cycki, a że aktorka ładna i piersi również, to kolejny plus dla tego dzieła :)))

A największy dla odtwórców głównych ról dziecięcych. Tym bardziej, że totalne naturszczyki. I jak dla mnie spokojnie można ich porównywać do gówniarza z „Szóstego zmysłu”. O Culkinie z „Kevina samego w domu” możemy zapomnieć.

Kolejny dobry polski obraz. Może o renesansie polskiej kinematografii nie można jeszcze mówić, ale naprawdę serce rośnie oglądając tak dobre filmy w języku polskim.

 

najlepszy moment: DZIECIAKI

ocena: 7,5/10