rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2011 (dzień trzeci)

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Primus, Prince

no i po Moim Open’erze, ktory zaczal i skonczyl sie dnia wczorajszego.

moze przejdziemy od razu do sedna? Primus zaczal punktualnie, jesli nie nawet odrobine wczesniej (bieglem w kierunku sceny, niespecjalnie kontrolujac czas). zaczeli dosc adekwatnie od „Here Come The Bastards” i zaczela sie „zabawa”.

ten cudzyslow musi sie tu pojawic. uscislijmy – na pewno Primus ma gigantyczny potencjal pod wzgledem wizerunkowym. zreszta kazdy kto widzial teledyski czy sesje zdjeciowe tego zespolu wie o czym mowie. dodajmy do tego postac samego Claypoola, z jego kreskowkowym wrecz wokalem i juz mamy teoretycznie wystarczajaco skladnikow do zespolu, ktory moze zainteresowac masy. no tyle ze sama Muzyka stoi niemal na totalnie przeciwleglym biegunie. juz samo to, ze w tym graniu to bass ma wiodaca role moze byc problemem. jesli jeszcze dodamy kontekst alternatywnego rocka czy nawet metalu to sensownosc dawania Primusa na Main Stage moze byc postawiona pod znakiem zapytania. zreszta, o ile mi wiadomo, pierwotnie rzeczywiscie panowie mieli grac w Namiocie. i tak na dobra sprawe to byla jedyna wada tego koncertu – to nie bylo granie festiwalowe. oczywiscie Primus i takie eventy zalicza. umowmy sie jednak – Open’er to nie Lollapalooza czy Primavera, zwlaszcza ostatnimi czasy. mozna docenic wszechstronnosc gatunkowa organizatorow, ale nie moge sie oprzec wrazeniu, ze lineupowy prym juz teraz wioda tu bardziej wykonawcy popowi anizeli alternatywni. oczywiscie ktos jako kontrargument moze podac przyklad Faith No More z 2009 roku czy Sonic Youth dwa lata wczesniej, ktorzy poradzili sobie z warunkami glownej sceny. ok, tyle ze jesli chodzi o Faith No More – przy calej nieobliczalnosci Pattona granie jego najpopularniejszego zespolu jest relatywnie dosc przystepne (i nie mowie tylko o „Easy”), nie tylko w porownaniu z Fantomasem czy Mr. Bungle. w przypadku SY moim zdaniem ratowal ich czas. bo chyba nie tylko ja dostrzegam, ze publika na Openerze troche sie zmienila. kiedys zestaw SY i The Roots nie byl niczym problematycznym. na koncercie Primusa widac bylo dezerterujace grupki dzieci w arafatkach, nie mowiac juz o lysych karkach, bo i taka publika zaczela sie pojawiac w Babich Dolach. troche przykre, no ale biorac pod uwage rosnaca popularnosc festiwalu widocznie tak musialo byc.

wezmy jeszcze pod uwage fakt, ze Primus swoja setlista nie ulatwil zadania publice, choc oczywiscie glupota byloby wymagac, by w jakikolwiek sposob podpasowali sie pod oczekiwania festiwalowej publiki. niczego nie zmienil fakt grania w Polsce po raz pierwszy. na szczescie Primus to nie Red Hot Chili Peppers i nikt chyba sie nie obrazil za brak „przebojow”. przebojow dosc umownych, tak okreslanymi tylko przez samych Primusofanow. oczywiscie byl „Tommy The Cat”, „Jerry Was A Race Car Driver”, „John The Fisherman” czy przede wszystkim „My Name Is Mud” (pomimo wybitnie deszczowej pogody nie nazbieralo sie na tyle blota, by zrobic powtorke z Woodstock ’94, a szkoda), nagromadzone pod koniec setu. ale juz np uwielbianego przeze mnie „Shake Hands With Beef” czy obiektywnie najwiekszego przeboju (jedyny utwor Primusa na Billboard 100) „Wynona’s Big Brown Beaver” nie bylo. mnie osobiscie boli, ze nie bylo niczego z moim zdaniem absolutnie najlepszej plyty zespolu, ostatniego przed rozpadem „Antipopu”. zamiast tego Claypool z kompanami zaprezentowali zestaw nowych kawalkow z nadchodzacego „Green Naugahyde” (premiera we wrzesniu) – „Tragedy’s A Comin”, „Lee Van Clef”, „Eyes Of A Squirrel”, „Jilly’s On Smack”. generalnie – nic zaskakujacego, Primus at his best. fani pokochaja, ale nowych fanow chyba bedzie niewielu.

reasumujac- mimo niesprzyjajacych warunkow kapitalny koncert. bass Claypoola przyprawiajacy o permanentna erekcje. zaskakujaco mocno (jak na drugoplanowy badz co badz instrument) dajaca rade gitara LaLonde (swoja droga – ale sie facetowi postarzalo!!). no i nowo-stary perkusista Jay Lane, o ktorym pisalismy przy okazji „June 2010 Rehearsal”. zdania jednak nie zmieniam – spoko, ale wolalem jednak Tima Alexandra, nie mowiac juz o Brainie. interakcyjnych gadek z publika niewiele, zero kokieterii, bardziej monologi na dosc zaangazownaym poziomie znajomosci jezyka angielskiego. ale mi stykalo, jak i cala reszta aspektow koncertu. a, no i zabawne spostrzezenie do powiazan z Prince’m nie tylko ze wzgledu na sasiadowanie na polkach sklepow muzycznych za sprawa nazwy…

… i w tym momencie mozemy plynnie przejsc do Koncertu Dnia, a zapewne tez i Festiwalu. Prince. generalnie – zero zaskoczenia. czulem ze bedzie G-E-N-I-A-L-N-I-E. i dokladnie tak bylo. funkowa orkiestra, gra swiatel, klimat, BAUNS no i Mistrz Ceremonii w zlotym kostiumie. dokladnie tak. oczywiscie mozna bylo miec obawy – Ksiaze jest dosc rozkapryszonym kolesiem. wiedza o tym YouTube’owcy, ktorym autor „Purple Rain” permanentnie zakazuje umieszczania filmikow z jego koncertow. przekonali sie o tym takze fotoreporterzy na Op’ku, ktorym zabronil robic zdjec. pewien niepokoj wywolalo u mnie takze to, ze juz po godzinie grania zaczal dziekowac publice i sie z nia zegnac, choc wiadomo ze to koncertowy dlugodystansowiec – zreszta jako jedyna gwiazda festiwalu mial nielimitowany czas grania (pomijam oczywiscie artystow grajacych na zakonczenie venetu). ale koniec koncow gral 2 godziny. niektorzy byli kontent, dla mnie bylo wciaz za malo.

zreszta jak moglo byc inaczej przy takiej setliscie… „Let’s Go Crazy”? no raczej! i bawymy sie jakby to byl (znow?) „1999”! totalnie rozczulil mnie „Take Me With U”, wykonywany oczywiscie z druga wokalistka (warto w tym miejscu zaznaczyc, ze Mistrz wciaz nie zawodzi jesli chodzi o otaczanie sie slicznymi muzykantkami – ze szczegolnym naciskiem na basistke). w ogole, jesli mam byc szczery, to dla mnie sama opcja „Prince gra album Purple Rain” bylaby w pelni satysfakconujaca. tak sie nie stalo, ale i tak ten album mial silna reprezentacje na koncercie – nawet „Darling Nikki” sie zalapal, choc zawsze malo koncertowy mi sie wydawal. brak cudownego „Beautiful Ones” jestem w stanie wybaczyc, ale juz fakt zajawkowego tylko potraktowania „When Doves Cry” nie – nawet jesli wiem, ze to czesta praktyka na jego koncertach. ale czymkolwiek podpadlby Prince, i tak wszystko w niepamiec moze puscic wykonaniem „Purple Rain”. jak „na zlosc” akurat wtedy deszcz nie padal (chyba ze z oczu coponiektorych, heh), ale i tak bylo pieknie. w czym ma pewno pomogl puszczony w pewnym momencie podmoch purpurowego dymu. no, efekciarskie, ale i tak mnie rozjebalo. zdecydowanie najpiekniejszy moment koncertu.

jesli chodzi o setliste to warto wspomniec o coverach, ktorych nazbieralo sie sporo, zwlaszcza na bisy (trwajace, bagatela, 40 minut). zacznijmy od pseudo-coveru (bo to piosenka autorstwa Prince’a) – „Nothing Compares 2 U”. tez piekny moment, ale szczerze mowiac – wykonanie Sinead O Connor zdecydowanie bardziej poruszajace. no i bisy – tu juz tych coverow bylo od groma. „PLay The Funky Music”, „Love Rollercoaster”, nawet Michael Jackson z „Don’t Stop Till You Get Enough” sie zalapal! w sumie ladny gest czlowieka, kotry okazal sie nie tylko genialnym showmanem, ale i chyba przesympatycznym, szczerym w emocjach (choc niewykluczone, ze aktorstwo tego typu opanowal do perfekcji) typem. ok, mocno kokietujacym i egocentrycznym  – slowo „Poland” padalo rownie czesto co jego wlasna ksywa (na samych telebimach funcjonowal tez „Symbol”). ale wlasciwie co z tego? to jest Geniusz i mam nadzieje, ze pare osob po tym koncercie sie o tym przekonalo.czas najwyzszy.

warto bylo wydac te 160 zlotych na Prince’a? zdecydowanie! zwlaszcza w oblicuz faktu, ze gwiazdeczki pokroju Lady Gagi czy wypaleni emeryci typu Stinga rzadaja za swoje „show” wiecej. a przeciez w pakiecie otrzymalismy jeszcze arcyzajebisty „support” Primusa i innych festiwalowych wykonawcow.

no wlasnie. jesli ktos doczytal do tego miejsca to moze sie zastanawia, dlaczego nic nie napisalem o samym Festiwalu. tylko co tu pisac? nie ukrywam, ze ja sie z Openerem rozminalem juz jakis czas temu, podobnie zreszta jak z samym uczeszczaniem na koncerty. w przeciwienstwie do festiwali sprzed lat, tym razem jechalem na konkretnych wykonawcow i juz nawet niespecjalnie mi chcialo sie obczajac cokolwiek innego. zwlaszcza jesli, z tego co zauwazylem, teren festiwalu jest coraz wiekszy i coraz bardziej odbierajacy ochote do biegania miedzy scenami. lansiarstwo coraz wieksze – cale szczescie ze pogoda wbila wszystkich w plaszcze przeciwdeszczowe, bo od tej rewii mody z lat ubieglych az noz mi sie w kieszeni otwieral. lubie kolorowych, dbajacych o wyglad ludzi, NO ALE KURWA BEZ PRZESADY. no i jeszcze o najbardziej kontrowersyjnym aspekcie tegorocznej edycji – czyli samym lineupie. ok, fakt jest taki, ze te narzekania nie mogly sie wziac znikad. jak na jubileusz to rzeczywiscie szalu nie bylo (czyzby Prince i Coldplay „zezarli” caly budzet?). ale „wystep” Mikolaja Ziolkowskiego po koncercie Prince’a, mowiacy o niebagatelnym wplywie Open’era na polski rynek muzyczny (zabrzmialo bunczucznie, ale sporo w tym racji) zmusil do lekkiej konsternacji, czy to przypadkiem nie wina samej publiki? czy te 10, czy nawet 5 lat temu nie calowalibysmy po raczkach za taki sklad? czy przypadkiem juz nie jestesmy w tej przyslowiowej Europie, traktujaca „swiatowe” koncerty jako cos absolutnie nromalnego? tak powinno byc, powinna tez pojawiac sie uzasadniona krytyka (bo jest tez o co Alter Art krytykowac). niemniej dobrze byloby, jak w kazdym innym zyciowym przypadku, znalezc jakis zloty srodek. czego oczywiscie sobie i Wam zycze.

 

najlepszy moment: PRINCE – PURPLE RAIN

ocena: 9/10

Leave a Reply