Gars – Gdzie Akcja Rozwija Się
wydawca: DIY
dobra, zmienmy klimat.
jak wiadomo, najwiekszym tegorocznym debiutem w polskiej fonografii bedzie krazek Trupy Trupy (3.06.2011 Release Party, kogo nie bedzie ten z policji). niemniej by nie wyjsc na bufona warto odnotowac, ze tego samego dnia debiutanckiego longa wydaje tez inna zaznajomiona zaloga. atakuja z innej flanelki, ale cel jest ten sam – udowodnic, ze granie na gitarach wciaz ma sens i moze dostarczyc radochy jakiej zaden inny gatunek nie zapewni.
no wlasnie, tyle ze jaki to gatunek? pare lat temu, kiedy The Gars (no wlasnie, jak to jest z ta nazwa? i dlaczego Last.Fm mi to skrobluje jako Les Gars?) grali jeszcze w trojke, okreslano ich mianem noise rocka. i mialo to sens – sprawdzali sie jako support zarowno Psychocukra, jak i Scianki z okresu „Pana Planety” (po bliskim memu sercu koncercie w Negatywie pojawily sie nawet opinie, ze Adaho i spolka zmietli zespol Macka Cieslaka). sporo sie jednak od tego czasu pozmienialo. po pierwsze – doszli nowi muzykanci w postaci drugiego gitarzysty a przede wszystkim wokalista Piolun. po drugie i znacznie wazniejsze – muzyka sie zmienila. byc moze odezwaly sie sympatia braci Rusakov dla sceny hc/punk (zreszta Milosz od jakiegos czasu dostarcza beat takze kaszubskim metalkorom z Calm The Fire), objawiajaca sie takze wspolnymi gigami z tuzami tej sceny. fakt jest jednak taki, ze teraz nie tylko mentalnie, ale i muzycznie blizej garsom do kapel typu Amanda Woodward, ZxRx czy Die Last. czyli bardziej EMOcjonalno-melancholijnego odlamu sceny hardkorowej.
no bo te gitary… nie da sie ich z zadnym innym gatunkiem pomylic. nawet jesli gdzies przemknie cos o znamionach metalowego riffu, to jednak nigdy na podworko zajmowane przez Calibany czy Killswitche (nie mowiac juz o stricte metalu) nie wchodzi. z drugiej strony – pomimo zabaw z nastrojami do post rocka u tez sie to nie zbliza. przypuszczam zreszta, ze ciezkie pierdolniecie perkusyjne Milosza by na cos takiego nie pozwolilo. co moze cieszyc, bo latwo zboczyc na mielizny nudy w takim graniu, czego ofiara padlo juz pare lokalnych kapel. on the other hand, nie ma co ukrywac, hardcore’owe granie niejako z zalozenia bywa nudnawe w warunkach domowego odsluchu. dlatego propsy naleza sie chlopakom, ze urzmaicaja granie jak moga. przede wszystkim mnostwo tu sampli. nierozerwalnie zwiazanych z przekazem danego kawalka, wiec moznaby je zakwalifikowac jako „socjologiczne”. glownie zwiazane z klimatami moherowo-pis’owskimi („gdzie jest krzyz”, zlote mysli Kaczynskiego itp), ale tez i bardziej globalne. swietnie sie to sprawdza w dissujacym Che Guevare (a raczej kult jego osoby) „El Comendante”, przede wszystkim jednak wyroznilbym „Dychotomie” gdzie zsamplowany (chyba?) fortepian fajnie wtapia sie w strukture kompozycji. no i jeszcze „Wersety”, ktory zreszta pamietam jeszcze z zamierzchlych garsowych czasow. dobrze obrazuje ewolucje zespolu.
nie ma co ukrywac jednak, ze nie ma tych kombinacji aranzacycjnych na tyle, by ukryc pewne mankamenty. przede wszystkim – choc masterowano album w zasluzonym dla ekstrmalnego grania Olsztynskim Studio X, to badzmy szczerzy – brzmienie wstydu nie przynosi, ale tez dupy nie urywa. a akurat w takim graniu to czynnik wazniejszy niz np chwytliwosc piosenek, ktorej brak mi latwiej Garsom wybaczyc. przesada byloby nazwac Garsow nastepcami Die Last, ale poza emocjonalnymi lotami laczy te dwie zalogi jeszcze jedna rzecz. odbior wokalisty. coz, Piolun pozostal tym samym Piolunem, ktorego pamietam z Senexu. zarowno wokalnie, jak i lirycznie. czyli opcja typu „kochaj albo rzuc”. powiedzmy, ze ja wciaz jestem na etapie powolnej akceptacji. doceniam jednak fakt, ze sa momenty, kiedy potrafi naprawde mile dla ucha zaspiewac. i osobiscie wolalbym taki kierunek rozwoju aspektu wokalnego muzyki Garsow niz raczej smieszne pohukiwania niedzwiedzia jak te np z „Wedrowca”. sorry guys.
7,5 dla tych, ktorzy czasem nad melodie stawiaja sobie energie i przekaz, a plyty traktuja glownie jako zaproszenie na koncerty. 7 dla calej reszty. a dla mnie – szacuneczek chlopaki, widzimy sie na koncertach. badz pod monopolem.
najlepszy moment: ŚWIT ODYSEI
ocena: 7,5/10
