rageman.pl
Muzyka

Flea – Helen Burns

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

pobierz album

 

Niby kontynuujemy funkowy wątek kolejną legendarną postacią dla tego gatunku… ale jednak nie.

Dość często przyjęło się mówić wśród hejterów Red Hot Chili Peppers, że to trzech muzycznych drwali plus Frusciante. A po odejściu tego ostatniego to już w ogóle żenada i RHCP [’]. Oczywiście chodzi o drwalstwo w sensie światopoglądowym, bo raczej mało kto kwestionuje umiejętności Chada Smitha czy zwłaszcza Flei. Ale właśnie – Flea. Drwal? Człowiek, którego do swych pobocznych projektów zaprosili Thom Yorke i Damon Albarn, dwóch bożyszczy indie gawiedzi. Człowiek, który w wieku 40 lat idzie na studia by wgłębiać tajniki gry na trąbce. A też sam jest ojcem-założycielem szkoły muzycznej, jednej ze słynniejszych w USA. Drwal?

Ze wspomnianą szkołą muzyczną związane jest dzisiaj omawiane wydawnictwo. Flea, wzorem Yorke’a i jego ziombli z Radiohead, udostępnił EPkę w sieci na zasadzie „płać ile chcesz”, a cały dochód uzyskany w ten sposób ma iść na utrzymanie Silverlake Conservatory of Music przy życiu. Ale nie ze względu na sposób dystrybucji jest to nietuzinkowy materiał. Mówimy o gwieździe rocka. Od debiutanckiej solowej płyty takich osobistości oczekuje się albumów przepełnionych gwiazdorskimi featuringami. Tymczasem Flea zamiast iść drogą Slasha czy Iommi’ego nagrał wiązankę utworów w najlepszy chyba sposób świadczącą o jego znacznie szerszych horyzontach aniżeli funk/pop/rock.

Spójrzmy. Całość otwiera „333”, już od pierwszych sekund wypraszająca mniej tolerancyjnych fanów RHCP za drzwi. Spogłosowana partia trąbki w wykonaniu gospodarza, podobnie jak prawie cała reszta muzyki –  wśród wyjątków perkusja, której zresztą niewiele tutaj, a do której obsługi zaprosił byłych lub obecnych kumpli z sekcji rytmicznej RHCP, chyli Chada i Jacka Ironsa. Akompaniuje jej piano, dzięki czemu całość nabiera posmaku jazzowej ścieżki dźwiękowej. Kiedy już człowiek myśli o ułożeniu płyty na tej samej półce co wydawnictwa Komedy, z kompozycji wyskakuje nagle elektronicznie napędzany rytm z przesterowanym do granic możliwości solem trąbki (a może to już co innego?). Elektronika następnie ustępuje miejsca ambientowym tłom, spod których warstwy nieśmiało przenika lejtmotyw, który powróci jeszcze w późniejszej części materiału.

Jest dziwnie? No to lecimy dalej. Bliźniaczą konstrukcję do „333” ma utwór spod piątego indeksu. Dlatego zresztą nazwano go „333 Revisited”. „Pedestal Of Infamy” ma wyraźniejszy rytm oraz łagodną aranżację, lokującą utwór w chilloutowych rejonach. W półtoraminutowym „A Little Bit Of Sanity” główny bohater daje popis swych fortepianowych umiejętności. Fortepian jest wiodącym (a właściwie jedynym) elementem instrumentalnego podkładu w tracku tytułowym, gdzie swym łagodnym wokalem czaruje sama Patti Smith. Ale to nie ten numer jest najbliższy piosenkowemu schematowi, a zamykający stawkę „Lovelovelove”. Chwytliwa partia gitary (sfuzzowanej, ale jednak), no i chór dziecięcy pod koniec, złożony z uczniów wspomnianej szkoły. Gdyby całość uporządkować strukturalnie i przearanżować na rockowy skład, spokojnie mógłby z tego być jeden z lepszych numerów Papryczek.

W pdf’owej książeczce Flea określa materiał jako efekt niezobowiązujących eksperymentów studyjnych, datowanych na 2007 rok. Dlatego też nie ma co szaleć z komplementami i doszukiwać się tu znaczeń, których sam autor nawet nie pomyślał o umieszczeniu. Co nie zmienia faktu, że słucha się tego totalnie przyjemnie. Gdyby autorowi bardziej zależało na całokształcie, to mógłby z tym materiałem stanąć w szranki z solową twórczością Frusciante.

 

najlepszy moment: LOVELOVELOVE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply