Exit Wounds
kto: Exit Wounds, Regiment, Endless Desire
Dziś znów o muzyce. Tej, co najbardziej lubicie – HARDCORE.
Choć trzeba od razu powiedzieć, że będzie raczej negatywnie. A może nie tyle negatywnie, co smutno. Bo świetny koncert został położony przez organizację.
Więc tak. Przypadkiem do mych oczu jakiś czas temu (a dokładnie to parę dni) dotarł uwieszony na ulicy malutki plakacik reklamujący koncert. Czarno-biały to to było, niewyraźne i jakieś takie niemrawe. Jak się okazało, nie było to kosztem ilości plakatów, bo na mieście widziałem może raptem pięć plakatów. No ale okej – można promować za to w internecie. Widzieliście gdzieś promocję w necie? Ja żadnej. Chyba że na majspejsach zespołów. Więc przyszli ci, którzy śledzą regularnie majspejsy zespołów. Dokładnie: około dwudziestu osób.
Znajomych gęb żadnych. I to nawet takich, które bym kojarzył z hc/punk koncertów. Bo ja wiem, może stali bywalcy kum.pl, w którym to odbywał się koncert? Nie wiem, bo nie chodzę tam raczej, a na koncercie to w ogóle pierwszy raz tam byłem. Choć o Cockney’u, czyli kum.pl przed liftingiem, słyszało się to i owo. Głównie negatywnie. Dlatego trochę bałem się, że będzie na koncercie jakiś nieprzyjemny skinheadowski (i raczej nie mowa tu o oiach) element. Na szczęście się obyło. Pewnie nawet nic nie wiedzieli o koncercie, heh.
Żeby już sytuację totalnie dobić, impreza miała dwugodzinną obsuwę. No ja rozumiem, że punktualnie to nie ma sensu, no ale… nawet Królik byłby pod wrażeniem, hehe.
No ale dobra, koniec znęcania się. Więc: jako pierwsi po 21.00 zagrali chłopaki z Endless Desire. Chłopaki ze Złotowa. Złotów to, jak wiadomo, 1125. Słychać było, że chłopaki inspirują się tym bandem. I tylko tyle było słychać. Energia, brzmienie, wszystko położone przez fatalne nagłośnienie. Nie mówiąc już o tym, że wokali nie było wcale słychać. A mogło być fajnie. Bo nawet jeśli słychać było w tym inspirację oldschoolowym hardcorem pokroju 1125, Schizmy czy Sick of It All, to fajnie to mogłoby brzmieć. Bo dwie gitarki, a przede wszystkim – dwa wokale. Czy były to wokale growlowane, śpiewane czy wykrzykiwane, nie dane mi było ze wspomnianych względów się dowiedzieć. No żal jak chuj.
Sytuacja nie polepszyła się na występie kolejnej kapeli – Regiment. Możeczke ciut wokalnie lepiej. Choć tym razem już jeden wokal. Tak samo jedna gitara. Reszta taka sama. Chłopaki też ze Złotowa, chyba nawet dosyć mocno zaprzyjaźnieni z Endlessami. I muzycznie również bardzo metalkorowo, chyba nawet bardziej niż przy pierwszej kapeli. Znacznie częstsze zwolnienia, choć tak na dobrą sprawę tutaj również ciężko powiedzieć, by kapela czymś się wyróżniała. Niestety, skojarzenie z Post Regimentem zupełnie bezpodstawne. Ale by nie było: oceniam na podstawie tego, co wydobywało się spod brzmienia typu „potrząsanie pudełkiem zapałek”. Czyli tak na dobrą sprawę ocena chuja warta.
No i po półgodzinnych występach polskich reprezentantów nadszedł czas na gwiazdę wieczoru. Exit Wounds z Francji. Trzeba przyznać, że pod względem muzyki hc punk kapele z krainy seksu oralnego i Żana Miszela Żara trzymają się nieźle. Pewien poziom jest. La Fraction, Backsight, no i teraz Exit Wounds. Na plakacie było: oldschool hardcore. Dopisałbym jeszcze: punk. Bo w porównaniu z kapelami ze Złotowa piątka Francuzów zaprezentowała najszybsze, najbardziej punkowe pierdolnięcie. Takie granie gdzieś z okolic lat osiemdziesiątych. Zresztą sami muzycy podsuwali takie skojarzenia. Na koszulce Black Flag, w repertuarze cover Minor Threat. I wszystko jasne. Przesympatyczne granie, kumanie klasyki, zaangażowanie. Oto co powinno się składać na dobrą kapelę hardcore. I tylko żal, że z lepszą frekwencją, lepszym brzmieniem ten koncert mógł być killerski. A tak tylko jest czymś, co miło urozmaiciło wakacje.
najlepszy moment: EXIT WOUNDS – I DON’T WANNA HEAR IT
ocena: 5,5/10

