Charlie Haden & Kenny Barron – Night And The City
wydawca: Verve
moj stosunek do Stanow Zjednoczonych okreslilbym raczej jako obojetny. nie uwazam aby bylo to imprerium zla, czuje obrzydzenie do krytyki Busha „z zasady”, choc przewaznie okazuje sie to krytyka „bo tak wypada”. z drugiej strony – poza niewatpliwa sympatia dla wyrobow kulturalnych tego kraju nie czuje wiekszego pociagu ku temu, by zobaczyc prawdziwych kowbojow, prerie, hollywood itepe. no, przynajmniej nie jest to tak duzy pociag, by wydawac pare tysi na bilety na samolot.
co innego jednak Nowy Jork, zwany takze Niu Jorkiem. nie wiem, czy od razu stwierdzenie „new york is a state of mind” dotyczy takze mnie, na pewno jednak milo byloby pewnego dnia znalezc sie w centrum tego miasta, chocby na 5 minut.
dlaczego o tym pisze? poniewaz jest to wciaz blog, czyli smieszny rodzaj witryn netowych, na ktorych ludzie sie otwieraja. a trzeba tez jakos urozmaicic te moje male recenzyje. a takie wlasnie refleksje mi sie nasuwaja przy okazji „Night And The City”. bo to plyta do szpiku kosci nowojorska.
piekne jest w Sztuce to, ze za pomoca tych samych, hm, narzedzi, mozna uzyskac finalnie skrajne rozne efekty. tak jesli chodzi o emocje odbiorcy, jak i skojarzenia w nim wywolane. bo przeciez „Night And The City” to, podobnie jak „Beyond he Missouri Sky”, duet dwoch instrumentow. tam mielismy gitare, tu fortepian Kenny’ego Barrona. ale jakze rozne to albumy! ta mielismy granie wrecz przy kominku, wyrazajace tesknote za rodzinnymi stronami, gdzie wszystko bylo prostsze, cichsze, powietrze czystsze, zachody i wschody slonca widoczne w calej okazalosci i panienskim rumiencem dziecielina palala.”NATC” to dzwieki, ktore mogly tylko powstac w knajpie znajdujacej sie w aglomeracji z minimum jednym milionem mieszkancow. muzyka do bolu miejska, choc raczej z wwwo czy molesta niewiele majaca wspolnego. zreszta roznice widac najlepiej na przykladzie „Waltz For Ruth”, kompozycji ktora znalazla swe miejsce na obu wydawnictwach. ciezko wylapac podobienstwa miedzy obiema wersjami.
niestety, wbrew byc moze temu co powyzej, nie jest tak rozowiutko. napisalem wyzej, ze ta muzyka mogla powstac tylko w knajpie i tak sie rzeczywiscie stalo, bo „NATC” to rejestracja wystepu. i choc zupelnie obca mi jest nazwa The Iridium, to dzieki „NATC” wiem, ze nigdy nie poszedlbym tam na koncert. nie przepadacie za tym, gdy wam w trakcie seansu filmowego na sali kinowej ktos nawija przez telefon, prawda? nie jest to porownanie zupelnie od czapy. bo co innego koncert rockowy, gdzie wszystkie dzwieki dobiegajace od strony publiki defloruje halas dobiegajacy z baterii kolumn, a co innego kameralny wystep, gdzie cisza jest rownie wazna co dzwiek. niestety, moje mozliwosci skupienia sie nie sa tak potezne, by olac te wszystkie „bonusowe dzwieki” w postaci rozmow, stukotu sztuccow, talerzy itepe. wiecej – kurwica mnie wrecz strzela, bo tego tutaj jest od groma. az dziw mnie bierze, ze wykonawcom to nie przeszkadzalo. nozesz, brakuje jeszcze by ktos ceremonialnie pierdal, najlepiej w trakcie kolejnej pieknej partii Barronna. to cale Iridium musi byc legendarnym miejscem, bo tylko tak moge sobie wytlumaczyc to, ze ktos nie dosc ze zagral tam koncert, to jeszcze chcial go wydac na plycie. ale ja nie cierpie takich legendarnych, czy moze blizej prawdy – lansiarskich miejsc. nie pojde na koncert do Hard Rock Cafe w warszawie. wole, kurwa, Anawe lub Orbital.
dlatego ciezko ocenic mi ten album. za sama muzyke zasluguje on na znacznie wieksza ocene. ale jako calosc to wydawnictwo bardziej mnie irytuje niz dostarcza przyjemnosci. pomijajac juz to, o czym nieraz pisalem, ze dla mnie koncertowe plyty to lizanie cukierka przez szybe. tym bardzie meczace, im smaczniejszy cukierek. a to co wyprawiaja panowie haden i barron to Cadbury conajmniej
najlepszy moment: YOU DON’T KNOW WHAT LOVE IS
ocena: 7/10
