rageman.pl
Muzyka

Architecture In Helsinki – Places Like This

rok wydania: 2007

wydawca: Polyvinyl

 

okej, wrocmy jeszcze do sprawy Architecture In Helsinki.

czekamy na nowa, ponoc nadchodzaca wiekszymi krokami plyte australijczykow, ale wrocmy jeszcze do jej poprzedniczki sprzed 3 lat. jak to przewaznie bywa w przypadku swietniejszych zespolow, ktore na prawdziwy fejm musza pracowac latami, tak i w przypadku AIH swiat zorientowal sie o ich zajebistosci ciut za pozno. bo to wlasnie „Places Like This” spowodowal, ze o zespole zaczeli mowic nie tylko krytycy muzyczni, blogosfera i muzyczne geeki. ale jednoczesnie ta sama szajka uznala, ze 3 album australijczykow nie dorownuje poprzednim dokonaniom.

nawet jesli – czy to wazne? jesli ktos dzieki „PLT” zwrocil uwage na ten zespol i jego pierwsze plyty, to chwala temu albumowi, nawet jesli mialby on byc najwiekszym gownem. ale co najistotniejsze – gownianym on nie jest. a wrecz przeciwnie.

to co zwraca uwage pierwsze- kapitalne brzmienie. kapitalne, choc ultranowoczesne, syntetyczne. slychac, ze to czysto studyjno robota. w takie brzmienie celuje w polsce chociazby marcin bors z macukiem, wiec jesli ktos zna np „Unisexblues” czy „Milosc! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” bedzie mial wstepne wyobrazenie o soundzie „PLT”. dla niektorych takie brzmienie jest nie do przyjecia, jako zupelnie pozbawione, nazwijmy to, „spontanicznego brudu”. ale sa ta tak niedorzeczne zarzuty jak niedorzeczny jest termin ktory wlasnie wymyslilem. a moze mi sie obil gdzies o uszy?

brzmienie brzmieniem, ale wiadomo ze nie to jest najwazniejsze. porozmawiajmy wiec o terminie indie pop, bo taki sie uzywa wobec muzyki AIH, a „PLT” stanowi wdzieczny punkt wyjscia do rozwazan. a to dlatego, ze jesli powszechnie stawia sie znak rownosci miedzy wspomnianym brudem, garazowoscia a rockiem, to „PLT” jest absolutnie nierockowa plyta. albo raczej – w stu procentach popowa. indie popowa.

ok, w czym rzecz? zamiast w naukowy sposob wykladac definicje, wplywy, koneksje, przyklady, sprowadzmy rzecz to takiej tezy. jesli slyszysz wpadajaca w ucho piosenke, gdzie ciekawe rzeczy dzieja sie od pierwszej do ostatniej sekundy, ale jednoczesnie jakies to dla ciebie zbyt skomplikowane jak na popowy hicior, to obcujesz wlasnie z numerem indie popowym.

wiem, przesadzone to i tez jednak nie do konca oddajace istote sprawy. przeciez piosenki madonny z lat 80tych, kylie czy michaela tez sa zajebiste w calej rozciaglosci i nie obrazaja inteligencji sluchacza. ale w ich przypadku priorytetem jest to, by piesn wpadala w masowe ucho i wszelkie eksperymenty na polu brzmieniowym sa wykluczane, o ile kloca sie z ow zalozeniem. w indie popie taki radykalizm juz spotykany nie jest, bo i nikt nie celuje ze swoimi piosenkami w eske czy zetke, a jednoczesnie tez stawia za priorytet chwytliwosc i obecnosc popowych hookow. jeszcze inaczej – jesli tradycyjny pop jest czystym budyniem tudziez galaretka, to indie pop jest takowym przysmakiem przyozdobionym bita smietana, owocami, czekolada, czymkolwiek. dla niektorych takie dodatki beda zbednym dodatkiem do tego, co najwazniejsze w tym deserze, dla innych bedzie to wzniesieniem smaku ow galaretki o kilka leveli. uf, zapedzilem sie. moze latwiej po prostu zajrzec do wikipedii?

dobra, ale zostajac przy tej tezie z budyniem. jak sie przedstawia w tym kontekscie zawartosc „Places Like THis”? no wlasnie roznie. bo tak: na pewno w kazdym z tych 10 utworow da sie wyroznic jakas melodie, motyw wpadajacy w ucho, ktory przy „przyziemniejszej” oprawie spojnie moglby zasilic repertuar wykonawcow radiowych. tyle ze wlasnie pare razy niestety australijczyci przesadzili z tym opakowywaniem je w intrygujace rozwiazania brzmieniowo/instrumentalne. wezmy taki sztandarowy przyklad: „Nothing’s wrong”. zaczyna sie fajnym duetem tradycyjnie przegietym, na tym albumie wybitnie cartoonowym wokalem na tle akustycznej gitarki. hook, za ktory paru wykonawcow podziekowaloby calujac w raczki. a tymczasem dochodza mniej lub bardziej zrozumiale dzwieki, az konczy sie zupelnie z dupy wyjeta, „alternatywna” halasliwa eksplozja, po ktorym znow nastepuje jeszcze inny, znow ciekawy hook. ktos powie ze takie utwory/albumy wymagaja pomyslunku, przyzwyczajenia sie, rozkladania na czynniki pierwsze. pewnie, tyle ze czasem szkoda tracic czas na takie rozkladanie, jesli melodyczne sedno jednak nie jest az tak chyba tego warte.

troche narzekam, bo mimo wszystko lepsze to niz melodie wykladane kawa na lawe, a i tak w wiekszosci przypadkow AIH wygrywaja. o genialnosci „Heart It Races” pisalismy. ale dodajmy jeszcze „Like It Or Not”, ktory moglaby tez odegrac jakas gorniczo-hutnicza orkiestra deta. dodajmy „Debbie”, z lekko motownowa jazda. dajmy zamykajacy stawke „Same Old Innocence”, za sprawa rytmicznego szkieletu drugi moj ulubiony fragment.

nie no, bardzo dobra plyta bardzo dobrego zespolu i tyle. jesli nie potrafilem tego uzasadnic to przytoczmy taka anegdotke, ze ponoc Bruce Willis jest psychofanem AIH. a kto watpi w gust Bruce’a?

 

najlepszy moment: SAME OLD INNOCENCE

ocena: 8/10

Leave a Reply