A Perfect Circle – Mer De Noms
rok wydania: 2000
wydawca: Virgin
wczoraj poruszylismy temat troy’a van leeuwena, kolejnego stachanowca rynku muzycznego. failure, crazy town, qotsa, ale przede wszystkim A Perfect Circle.
omawialismy juz w swoim czasie „thirteenth step” i „emotive”, do kompletu brakuje nam debiutu. debiutu przez wiekszosc ludzi cenionego najwyzej jesli chodzi o dyskografie tego zespolu. nie podzielam tego zdania, ale rzeczywiscie jest to ultrasympatyczna rzecz. i kopalnia milych wspomnien.
choc pamietam, ze jak przed premiera plyty w telewizji pojawil sie klip do „judith” to pojawila sie konsternacja. bo wszystko fajnie, melodia git, ale… toc to tool bis. a ze oczekiwanie na nastepce „aenimy” wydluzylo sie do czwartego roku, to konsternacja przerodzila sie we wkurwienie. na szczescie cala plyta uspokoila mnie ciut, jednak wciaz uwazam wyciagniecie „judith” na singiel za pomysl chybiony. bo jeszcze dlugo po tym panowie nie mogli oderwac tejze „tool bis” latki.
a fakt jest taki, ze APC jest stylistycznie najdalej od Toola, jak tylko moze byc. wiem, pojebana konstrukcja zdania, ale juz tlumacze w czym rzecz. otoz dysponujac tak charakterystycznym wokalista jak maynard james keenan trudno uniknac porownan z jego macierzystym zespolem. innymi slowy – koles nawet spiewajac do podkladow discopolowych zdominowalby je na tyle, ze szukalibysmy w nich podobienstw do riffow adama jonesa. dodajmy jeszcze fakt, ze mozgiem APC jest czlowiek (Billy Howerdel) swego czasu robiacy za technicznego od gitar w Toolu. i pewnie w tym okresie nasiaknal troche „ideologia” toola. tenze czlowiek popelnil wiekszosc melodii tutaj, reszte wspoltworzac z keenanem. a tez i sam odegral wiekszosc partii instrumentalnych (poza wokalem oczywiscie). z tego powodu nie ma tez sensu okreslac APC mianem supergrupy, mimo iz swe trzy grosze dolozyli tu wszechobecny josh freese, slicznotka paz lenchantin, primusowiec tim alexander czy wspomniany van leeuwen (na pozniejszych plytach pojawiali sie dodatkowo james iha czy twiggy ramirez). tym lepiej jednak – nie trzeba poslugiwac sie taryga ulgowa pt „jak na supergrupe to jest calkiem niezle”.
z tego bloga dowiecie sie o muzyce prawdy i tylko prawdy, wiec oto kolejny fakt – pierwsza strona albumu jest o wiele lepsza od drugiej. poczawszy od singlowego „the hollow”, mogacego jednoczesnie robic za muzyczna wykladnie tego, czym APC jest. czyli struktury blizsze tradycyjnych, zwrotko-refrenowych piosenek. mniej skomplikowane partie instrumentalne, choc wciaz stojace na calkiem wysokim poziomie. solidne wykorzystanie skrzypiec, a takze instrumentow klawiszowych czy elektroniki. no i jak na moj gust adam jones i billy howerdel maja zupelnie inne podejscie do gitary, a w szczegolnosci do riffow. wracajac jednak do „the hollow” to trza jednak tez zaznaczyc, ze wyroznia sie ten numer tutaj tym, ze brzmi on hmmm najoptymistyczniej. bo reszta to juz ekhm „mrok”, nawet chyba wiekszy niz u Toola.
wprawdzie calosc nazywa sie „morze imion” i rzeczywiscie, nazwa prawie kazdego utworu to imie, to raczej srednio da sie mowic o koncept albumie. co nie znaczy, ze calosc jest niespojna. ba, moze nawet lepiej tej plycie robi sluchanie jej w calosci. mniej sie wtedy dostrzega nierownosc calosci. z jednej strony przecudne spokojniejsze fragmenty pokroju „3 libras” (ah ta koncowka), „Orestes” („pull me into your perfect circle…”) czy „over”. calkiem mocno mi sie kojarzacy z nine inch nails „rose”. ale sa tez fragmenty solidnie przynudzajace, jak „sleeping beauty” czy „thinking of you”, w pewnym momencie dziwnie numetalizujacy. tak niestety sa te utworu ulozone, ze o ile poczatek to same solidne strzaly, tak pod koniec troche sie trza przemeczyc i nawet jedna „Brena” nie ratuje sytuacji.
dlatego moim zdaniem dopiero na „Thirteenth step” mozna sie w pelni przekonac o sensownosci jestestwa A Perfect Circle. niemniej warto „Mer de noms” znac, nie tylko jak sie jest die-hard fanem Toola. ba, moze nawet tym bardziej, gdy sie Toola nie trawi.
najlepszy moment: 3 LIBRAS
ocena: 7,5/10