Caliban – The Opposite From Within
wydawca: Roadrunner
Z paru względów, m.in. wczorajszego komentarza wokalisty Schizmy, postanowiłem dziś na tapet wziąć sprzedawczyków z Calibana i ich najlepiej sprzedajną płytę.
No dobra, żarty na bok. Generalnie już teraz to, co się dzieje w gatunku zwanym metalcore, najzwyczajniej przeraża. Totalny przesyt, coraz więcej xero kapel, coraz bardziej kuriozalne efekty wpasowywania się w gatunek. Przypuszczam, że już naprawdę niedługo świat będzie miał z tego gatunku taką samą polewkę jak z nu metalu. Zresztą podobieństw można doszukać się więcej. To co na początku miało być łączeniem hardcore’a z metalem, teraz kojarzy się z metalowymi piardo-wyziewami z piekła przeplatane przesłodzonymi zaśpiewami w refrenach. I co gorsza, próbuje się to jeszcze sprzedawać pod płaszczykiem niezależności, bezkompromisowości i, o zgrozo, ideologicznego zaangażowania. A w nu metalu przecież od początku chodziło, by przy mieszaniu metalu z groovem trzepać ostry hajs, co nie.
Jak jednak w każdym gatunku, są zespoły lepsze i gorsze, płyty fajniejsze i chujowsze. Niemiecki Caliban i TOFW są po jaśniejszej stronie mocy.
Choć prekursorami tak na dobrą sprawę nie są. Przynajmniej jeśli patrzeć z masowego punktu widzenia. To Killswitch Engage prowadził takie granie na światowe salony. Caliban tylko otworzył im drzwi w europejskiej części świata.
Niby nic tutaj odkrywczego nie ma (przynajmniej z perspektywy roku 2008). Hardcore’owe tempa, „szwedzka” praca gitar (producencki szlif wokalisty In Flames dopełnia obrazu), blackowy niemal krzyk pana wokalisty i melodyjne śpiewy w refrenach. Choć akurat nie w każdym numerze mamy czyste wokale. I dobrze. Łatwiej idzie docenić te linie melodyczne, które są. A brzmią szczerze. Nie powstałe z wyrachowania i ciśnienia na radio. Zresztą, nawet jeśli nie jest to prawda, bo w końcu nie siedzę kolesiom w ich mózgach, to co z tego. Te melodie są po prostu chwytliwe, a chyba o to właśnie chodzi w melodiach, czy nie? Przy okazji mają sens, jeśli chodzi o strukturę kompozycji. Czasem słuchając wynalazków z gatunku MC, mam wrażenie, że w zwrotkach słyszę napierdalanie dla szatana i scenowych maniaków, a potem w refrenie sobie kolesie przypominają, że wytwórnia chciała przebój, więc zapodają melodię rodem z Backstreet Boys czy Kelly Family, których katowali jeszcze w podstawówce. Z Calibanem takiego problemu nie ma. A że to wszystko jeszcze okraszone totalnie emo tekstami? Kurcze, no a kto dziś nie jest emo, okej?
Kto wie, może to właśnie dlatego, że nie grają oni od wczoraj? Może dzięki temu, że wcześniej byli bohaterami sceny hardcore grającymi po squotach, tak dobrze wypadli w tym melodyjniejszym graniu? Wielu im do dziś nie może wybaczyć porzucenia ideałów, flirtu z popem i przymilania się do Roadrunnera. I chyba rzeczywiście koniec końców mogą się obudzić z rączkami w nocniku – nowym płytom coraz bliżej do epigonów, a Roadrunner wyniucha niedługo nowy trend i oleje calibanów. Ale jeśli porzucić cały ten pesymistyczny kontekst, to naprawdę „The Opposite” to płyta wyborna. Jeśli byłby to jednorazowy eksperyment, próba zmierzenia się z melodią, to nie można by oceniać tego albumu inaczej niż w superlatywach. Ba, dla mnie nawet osławionym killswitchom nie udało się do dziś nagrać tak zabójczej płyty jak TOFW.
najlepszy moment: GOODBYE
ocena: 7/10

