rageman.pl
Muzyka

Saskia Laroo & Funk De Nite

gdzie: Pokład, Gdynia

kto: Saskia Laroo & Funk De Nite

 

po szalonej elektronicznej sobocie w rytmie przebojow BZSS.org przyszedl czas na czil aut. a przy niczym taki czilaut nie wychodzi jak przy jazzie. najlepiej w wersji smooth.

po spiknieciu sie z ciotka idziemy w kierunku gdynskiego klubu Poklad, ktory to, jak juz zdazylem sie zorientowac, specjalizuje sie w takich koncertach. jazz, raczej w wersji lajtowej. z trzaska czy tymanskim bylby tu problem. no ale z drugiej strony, cieszy ze klub jest tak wyprofilowany. gdy przybylismy po 20.00, klub juz byl zapelniony „mlodzieza” w wieku przewyzszajacym raczej liczbe trzech dekad. troche sprawialo to wrazenie opcji typu „niewazne co gra, wazne by po prostu BYC”. obym sie mylil. nie mija 20 minut, gdy na scenie pojawiaja sie juz muzycy. perkusista, gitarzysta, basista, saxofonista i glowna bohaterka, prosto z holandii – Saskia Laroo. a ci pozostali panowie to zespol towarzyszacy zwany Funk De Nite. bez slow powitania zaczynaja tworzyc na zywo Sztuke. tak, tworzyc, a nie odtwarzac. bo ten koncert improwizacja stal. choc… gatunkowo mozna zaliczyc to do szerokiej szuflady z napisem Jazz, choc nie bez zastrzezen. jest to jego bardziej przystepna forma, z wplywami takich nurtow jak funk, pop czy nawet hiphop. trzeba przyznac, ze choc sluchalo sie tego niezle, to nie sposob bylo nie dostrzec pewnej schematycznosci. struktura kompozycji miala czesto taki rozklad: najpierw gramy wspolnie, z wiekszym wyeksponowaniem instrumentow detych. gitarka glownie w cichym akompaniamencie. basista gra swoje, perkusista swoje. w sumie moznaby nawet pokusic sie o stwierdzenie, ze kazdy „gral swoje”. a jednoczesnie zlaczone do kupy dawalo to nowa jakosc, choc nie powiedzialbym ze jakas oszalamiajaca. nastepnie po zagraniu tego, c w pierwotnej wersji kompozycji najwazniejsze, kazdy mial swoja popisowke. nie abym wychodzil z zalozenia, ze „zagraniczne znaczy lepsze”, ale prawda jest taka, ze najbardziej podobalo mi sie to co pani saskia robila na trabce. obwieszona elektronicznymi bajerami modulujacymi dzwiek, naprawde udowadniala, ze nie bez powodu nazywa sie ja „lady miles davis europejskiego jazzu”. oczywiscie nie chcialbym przez to deprecjonowac wartosci staran pozostalych muzykow. z saxofonista krawczukiem spotkalem sie juz przy okazji mojego poprzedniego koncertu w Pokladzie, w ramach wystepu formacji Eastcom. to co pisalem o jego zdolnosciach wtedy, moglbym i tu powtorzyc. i tak samo jak wtedy, tak i wczorajszego wieczoru robil za wodzireja. oczywiscie bez fajerwerkow, konfenansjerka stonowana, subtelna i dowcipna, na luzie zarazem. tylko raz dal sie wypowiedziec saskia, zreszta nic specjalnego poza nauczonymi zwrotami typu „kocham gdynie” czy „kocham Cie” do powiedzenia nie miala. innym razem posluzyla sie mikrofonem w ramach zaprezentowania mozliwosci wokalnych, dosyc ograniczonych zreszta. ale akurat chyba nie chodzilo o popisy paszczom, a jedynie do zachecenia publiki do zabawy.

tak wiec, wracajac do omawiania struktur piosenek, po popisowkach saskia i krawczuka nastepowala solowka gitarzysty. chociaz nieobecny byl na codzien pelniacy funkcje gitarzysty Funk De Nite Jarek Smietana, jego zastepca (nie byle jaki zreszta – jacek krolik, znany z … brathankow) godnie nadrabial jego absencje. godnie i zaskakujaco. bo raczej nie spodziewalem sie, ze na jazzowym koncercie spotkam sie z taka rockowa ekspresja. naprawde, bardzo niedaleko bylo tym popisom temu co wyprawiaja satriani i vai. juz w tym momencie widze szydercze miny tych wszystkich, ktorzy skreslaja tego typu „muzycznych onanistow”. czy takie granie to tylko wyprana z emocji masturbacja na gryfie, nie chce teraz oceniac. dla mnie jednak w tym, co prezentowal gitarzysta Funk De Nite, bylo jednoczesnie tyle techniki, ile emocji.

rzadziej dochodzilo do popisow basisty. jak wszyscy jazzowi maniacy sie orientuja, dotychczas funkcja ta byla w FDN okupowana przez Pawla Maciwode. ale jako ze to byl zawsze utalentowany chlopak, pogrywajacy chyba z wszystkimi najwiekszymi w polsce (to name a few: Pudelsi, TSA…), skonczyl w koncu chlop za granica. jak zauwazyl zgryzliwie krawczuk – w zespole gorszym a bardziej dochodowym. jakoby nie oceniac wartosci artystycznej Scorpionsow (jakby ktos nie wiedzial – ci od podstawowkowego przeboju z gwizdaniem w roli glownej – Winds Of Change, czy jakos tak), uwazam ze warto sie cieszyc z takiego zagranicznego transferu. zwlaszcza ze az tak wielkiej straty Funk De Nite nie poniosl. lub moze inaczej – nowy basista godnie ta strate stara sie zniwelowac. poczatkowo jeszcze nie rozkrecony, nie zachwycajacy, ale z czasem juz wspial sie na wyzyny, razac takim tappingiem ze claypool czy flea, nawet jesli nie padliby na kolana, zwrociliby niewatpliwie uwage. no i pozostal nam jeszcze perkusista. owszem, grajacy bardzo dobrze, ale… gdy i przyszedl czas na jego jedyny popis, poczulem sie troche rozczarowany. majac do dyspozycji najwiecej czasu zapodal popis czystej techniki. a przeciez i perkusja mozna wyrazic emocje. tego, moim zdaniem, zabraklo.

ale niech taki minusik nie przysloni plusikow. bo to byly bardzo mile spedzone ponad dwie godziny (z przerwa w sumie). muzyczna uczta (doslownie – tak przepysznie naglosnionego koncertu dawno nie uswiadczylem), a przy tym podana na luzie (przesympatyczny motyw wyjscia saskia z trabka do publiki, przywolujace na mysl koncerty Legendary Pink Dots, gdzie taki motyw jest nieodzowny), z niezlym odzewem wsrod publiki (moze rozgrzanie publiki typu „faceci spiewaja uuu a kobiety aaa” nie spotkalo sie z najlepszym odzewem, ale doceniamy starania). dziekujemy.

 

najlepszy moment: SAD

ocena: 6,5/10 

Leave a Reply