Open’er Festival 2005 (dzień pierwszy)

gdzie: Skwer Kościuszki, Gdynia
kto: Fatboy Slim, Faithless, Snoop Dogg, O.S.T.R., Hariasen i inni
Była wixa. Luta. Potężnie. Więc od początku:
Godzina 15.00, przybywamy do Gdyni. Próbujemy skumać się, gdzie jest tzw. Mała Scena, czyli wynalazek wprowadzony w tym roku zamiast namiotu tanecznego. Z tym że miejsce inne, jak się okazuje. Ale wcześniej stoimy w kolejeczce pół godziny. Dostajemy obrączkę na łapkę (dobrze, że ktoś pomyślał i nie zrobił jej z papieru jak rok temu, bo przeszkadzało to trochę w myciu się), oddaję łańcuch do depozytu i idziemy na teren główny. Który nie zmienił się specjalnie w porównaniu z 2004 rokiem. Czyli mega scena odwrócona do morza, na końcu trasy pole, gdzie można było w spokoju spożyć Heinekena (wciąż uważam pomysł z żetonami wymienianymi na browary za poroniony). Jako że słoneczko praży i głód doskwiera, wychodzimy outside na Skwer Kościuszki, by kupić kiełbachy i picie. W końcu upieramy się i znajdujemy tę drugą scenę, która okazuje się być umiejscowiona hen, hen, w pizdu od sceny głównej. I w ogóle nie do znalezienia. Lekka głupota, no ale okej.
Gdy docieramy tak po 18.00, na scenie plumka polski zespół Hariasen. Czyli wg planu jazdy ominęły nas występy takich kapel jak Less Is More, Rotofobia czy Lili Marlene. No ale skupmy się na Hariasen. Czterech muzyków. Centralnie, najbardziej oddalony perkusista. Po jego prawej, a naszej lewej, oddalony parę metrów basista w czapeczce wełnianej, trochę kojarzący się z The Edge’em. Na drugim skraju sceny gitarzysta. I na samym środku, najbliżej publiki, wokalisto-gitarzysta. Z fryzurą lekko dziwaczną. Ni to długie włosy, ni krótkie. Taką dosyć alternatywną 😉 Tak jak muzyka. Choć czy aby na pewno? Określają swą muzykę jako emo. Rzeczywiście, praca instrumentów, przeplatanie ściany dźwięku fragmentami lirycznymi, kojarzyć się mogło z tą bajką muzyczną. Niby głos wokalisty także, ale… dla mnie to nieustannie kojarzyło się z takim „mocniejszym Arturem Rojkiem”. Spokojniejsze fragmenty brzmiały jak u kobiety, tudzież mocno zniewieściałego mężczyzny. Na dodatek to, co docierało do mych uszu i jest określane jako liryki, sprawiało wrażenie dosyć pretensjonalnego. Na zasadzie „jestem sam, nikt nie kocha mnie”. No tak, emocjonalne to miało być. Choć nie chcę do końca skreślać, bo jednak nagłośnienie, choć dobre, nie pozwalało dosłyszeć całości tekstów. Niemniej jako całość godna zauważenia rzecz. Najszczerzej polecam.
O 18.45 zespół kończy występ (ahhh, wokalista rzucił gitarą o scenę, a dla mnie jakoś to mało spontaniczne było jednak), wchodzi pani na scenę, mówiąc, że muszą przygotować namiot na występ zespołu Pogodno, więc zaprasza na scenę główną. Szybki transport i już o 19.00 jesteśmy przy głównej scenie. Ludzie, coraz więcej ludzi przybywa. Pod koniec występu Faithless było tego mnóstwo. 25 tysięcy? Możliwe. Może nawet więcej bym dał.
Chwilę po 19.00 na scenie pojawia się jedyny polski wykonawca tego dnia na głównej scenie, sam O.S.T.R. I wielka niespodzianka — „żywy” skład. Jak przedstawił ich O.S.T.R., jest to ekipa zespołu Sofa (który wystąpi z kolei na głównej scenie następnego dnia). Czyli w składzie: perkusista, klawiszowiec, gitarzysta i basista, a dodatkowo jeszcze na gramofonach DJ Haem. No i jak to zwykle na koncertach hip-hopowych bywa, za drugim mikrofonem bliżej nieznany mi osobnik. Jak wypadła konfrontacja numerów Ostrego z muzyką generowaną na żywo? Smaczniutko. Funkująco. Też jazzująco, co chyba było głównym zamierzeniem, wszak można wywnioskować, że Ostrą fazę przeżywa na ten rodzaj muzyki. Prawdziwie bujająco. Cieszy mnie, że coraz więcej wykonawców tego nurtu zaczyna dostrzegać potęgę takiego rozwiązania. Niby to nie to samo co początki hip-hopu, ale lepszy taki kierunek niż upopowienie. Z którym Ostry tak zaciekle walczy, o czym można było posłuchać w niektórych numerach, a także zapowiedziach. Bo kontakt z publiką to chłopak ma, o czym nieraz się przekonałem. Chociaż, wg mnie, nie zawsze gada mądrze. Tym razem wspomniał też o swojej żonie, czego dotychczas na koncertach, na których byłem, nie robił, więc może to świeża sprawa. Jeśli tak, to można liczyć na lekkie pohamowanie się Ostrego w niektórych wypowiedziach. Ale to taka moja mała dygresja, bo generalnie mało kto rozmyślał o tym na koncercie. Zresztą i ja dałem się ponieść zabawie. Przyjęcie Ostrego nad wyraz pozytywne. Jest i „Kochana Polsko”, są i popisy, których nie mogło zabraknąć, jeśli mowa rzekomo o jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) raperze w Polsce. Po godzinie grania nawet słychać domagania się bisu. Ale bezowocne.
Przerwa techniczna. Gdy zbliża się 20.45, czyli planowany czas rozpoczęcia występu pierwszej zagranicznej gwiazdy, na scenie wisi już ogromna płachta z podobizną Snoop Dogga, ale samego głównego zainteresowanego nie ma. Pojawia się za to reprezentant organizatora imprezy, Alter Artu. Kwestie organizacyjne, a także druga tego wieczora chwila ciszy za ofiary czwartkowych wydarzeń w Londynie… Gest zacny, trza przyznać. W końcu po 21.00 kończy się wyświetlanie na obu telebimach teledysków Snoopa, na scenie pojawia się zaś ON. Legenda hip-hopu i wciąż jeden z jego najlepszych reprezentantów, nawet nie tylko jego westcoastowej odmiany. Snooooop Doooooogg.
Co miłe — znowu instrumentaliści! I to jacy! Prawdziwy tłok na scenie, bo jest i perkusista, i gitarzysta (solówki nawet były, heee), basista, DJ, klawiszowiec, drugi raper (który zarówno pomagał Snoopowi, jak i zastępował nieobecnych w featuringach, choć czasem obeszło się po prostu samplami z oryginalnych wykonań) i to, czego Ostremu zabrakło, czyli gorące baunsujące niunie na scenie, ajjjjjjj. Tylko cztery, ale hueh, tutaj jakość zdecydowanie była ważniejsza. Bujało to wszystko przeokropnie, a przy niektórych fragmentach robił się z tego wręcz jakiś rapcore. W najlepszym wydaniu. Już niemal na sam początek ostre przyłożenie — „Murder Was the Case”. A potem wszystko to, co miało być — od wspomnianego „Murder Was…” i „Who Am I (What’s My Name)?” po ostatnie hity: „Beautiful” czy zapodany już na sam wielki finał „Drop It Like It’s Hot”, który już jest klasyką i był chyba najjaśniejszym obok „Who Am I” punktem programu.
A wszystko to przeplatane filmami na telebimie, wprowadzającymi w nastrój wielkiego murzyńskiego bounce’u hehehehe. Choć i bez tego byłoby gorąco. Również za sprawą samego Snoopa. Ma chłopak charyzmę i jaja, to trza mu przyznać. Niby nic wielkiego — głównie opierało się to na żelaznym „make some noiiiiise” i dialogu z publicznością na odgłosy (często było to „hell yeah”, ale jednak). Nie obyło się bez wykrzykiwania „Gdynia” (jak to słodko wymawiał 🙂 i „Poland”. A najmilej było, gdy na tekst „I love you, Gdynia” musieliśmy odpowiadać „we love you, Snoop”. Nie ma to jak wybujałe ego hehehehe. Ale nie sprawiało to wrażenia jakiejś wykalkulowanej konferansjerki. Nawet jeśli zakończył koncert stwierdzeniem, że na pewno tu wróci, bo bawił się świetnie (w tłumaczeniu to dziwnie brzmi, ale sens taki mniej więcej). Liczę na to, panie Snoop, nawet jak zawita pan do Zakopanego na koncert, to ja tam będę 🙂 Żal tylko, pomimo gorącego przyjęcia, braku bisu. Nawet niespecjalnie wymaganego od publiki, co dziwiło.
Jest przed 23.00, więc odpuszczamy sobie Pogodno. Omija nas też początek Faithless. Na szczęście na większość się załapaliśmy. I dobrze. Bo był to chyba niespodziewanie najlepszy występ tego wieczoru. Wykorzystanie instrumentów tym razem tak nie dziwiło, ale nie spodziewałbym się, że zabrzmi to z takim powerem! Perkusista miał zestaw o wielkości, której nie powstydziłby się sam pałker Toola, ale i tu na szczęście przekładało się to na niezwykłość brzmienia. Podrasowane sprawnym basem i gitarką. Za klawiszami, po prawej stronie sceny — Sister Bliss. W tle jednoosobowy chórek w postaci czarnej pani obdarzonej niezwykle kojącym głosem. No i na przodzie, ubrany w same spodnie i białą koszulę, Maxi Jazz. Pamiętam, że swego czasu odstraszała mnie od Faithless ta jego specyficzna fizjonomia. Ale człowiek się starzeje i zaczyna dostrzegać, że jest to frontman niezwykły. Zwłaszcza w licznych wypowiedziach dało się to dostrzec. Zero gwiazdorstwa, po prostu człowiek, któremu na pewno musi chodzić w muzyce „o coś więcej”.
Jak u Asian Dub Foundation. Dlaczego wspominam o ADF? Bo właśnie ta muzyka, będąca rockowym potraktowaniem elektroniki, połączona z zaangażowaniem lidera Faithless, wciąż kojarzyła się z tym zespołem. Skojarzenie miłe. A co najważniejsze — niezwykle pobudzające ludzi pod sceną. Bez kitu, zabrakło tylko pływania na rękach. Bo szał wyrażony w nieustannym skakaniu był. A gdy jeszcze zespół odwdzięczał się wiązanką greatest hitsów, które uwzględniały i „Miss You Less, See You More”, „Mass Destruction” czy nieśmiertelny numer o porównaniu Boga do didżeja, to przypięcie im wirtualnego medalu za koncert dnia było już tylko formalnością. No i był wreszcie bis, choć całość łącznie z bisem (ponad godzina) to było i tak za krótko. Szacunek.
Kolejna przerwa techniczna, choć już nie tak długa. Bo na występ Fatboy Slima nie potrzeba było specjalnego sprzętu. Po prostu podium na konsoletę, a w tle mini telebim na różne chore wizualizacje. Początkowo była to kojarzona z Fatboyem żółta uśmiechnięta gęba, potem przeszło to w różne dziwne wizualizacje. Za intro posłużył znany fatboyowy hit „Praise You”. A potem to już było mieszanie. Wybitnie taneczne, ale bez uciekania się w jakieś oczywiste hiciory. Cytaty raczej z klasyki, bo i Michael Jackson, i Janis Joplin. Ale też i coś z własnego repertuaru, jak „Rockafeller Skank” czy genialny „Star 69” („They know what is what… what the fuck??” :D). Chyba niestety nie wszyscy skumali koncept albo po prostu strach ogarnął ich na myśl o częstotliwości połączeń kolejowych (tradycyjnie pozdrawiamy włodarzy z PKP!), bo towarzystwo bawiące się znacznie się przerzedziło. A szkoda. Choć dzięki temu więcej miejsca było na gibanie się.
Końcówka występu, trza przyznać, udana i piękna — powtórka z „Praise You” połączona z pokazem sztucznych ogni. Podczas całego występu Fatboy nic nie mówił, ale po gestach było widać, że tak jak reszta wykonawców tego dnia był pod wrażeniem możliwości polskiej publiczności. Co tu dużo mówić — Polacy bawić się umieją i basta. Całość, znowu bez bisu, kończy się o 3.00. A że jak wspomniałem, kolejki jeździły nad wyraz często, to już w sumie nawet nie opłacało się iść spać, jak zaszedłem do domu, bo znowu było jasno hehehe. Obym dzisiaj nie zgonił, bo drugi dzień festiwalu zapowiada się jeszcze ciekawiej. Ale o tym już jutro.
najlepszy moment: FAITHLESS – MASS DESTRUCTION
ocena: 7,5/10