rageman.pl
Film

Życie Jest Piękne

rok: 1997

reżyseria: Roberto Benigni

 

A dzisiaj podkusiło mnie by obejrzeć film, który kiedyś przypadkiem kupiłem po okazyjnej cenie całych dziewięciu złotych. Mowa o „Życie jest piękne” w reżyserii Roberta Benigniego. Wiem, trochę obciach, bo film mający swoje lata, powszechnie uznany i obsypany nagrodami (w tym trzema Oscarami), a ja ignorant go olałem. Jak to mawiają – lepiej późno niż wcale. Cieszę się, że wreszcie nastąpił ten dzień, w którym go obejrzałem. Zdecydowanie warto było.

Może kilka słów o czym to. A więc mamy głównego bohatera, Guido (granego przez reżysera i jednocześnie autora scenariusza). Charakteryzuje go wyśmienite połączenie błyskotliwości z poczuciem humoru, miliard pomysłów na minutę i oszałamiająca zaradność. Wszystkie te zalety pomagają mu w zdobyciu kobiety, która właśnie miała wyjść za mąż za jakiegoś buraka. Jednym słowem – sielanka, miód dla oczu, wszystko tak tu ładnie się układa. Choć pojawiają się dookoła niepokojące sygnały: wykład w szkole na temat wyższości rasy aryjskiej, ludzie unoszący ręce w faszystowskim geście. Przenosimy się trochę w czasie do przodu, Guido doczekał się pociesznego dzieciaczka, a miłość do żony wciąż taka sama. Tylko okoliczności się zmieniają na coraz gorsze – wywieszki w sklepach „Żydom wstęp wzbroniony” to już normalka. A nie wspomniałem jeszcze, iż w żyłach Guido płynie żydowska krew. Można więc powiedzieć, że Guido z rodziną są w sytuacji, w której absolutnie nie ma się z czego śmiać. Czyżby? Już scena ze wspomnianym napisem na witrynie sklepu pokazuje, w jak humorystyczny i zaskakujący sposób Guido poradzi sobie z problemem. Podobny patent widzieliśmy w „Goodbye, Lenin”, gdzie główny bohater kreował rzeczywistość tak, że można było uwierzyć w to, że mur berliński wciąż stoi. Tutaj jednak mamy zdecydowanie inne, trudniejsze okoliczności – i nie tylko dla Guido. Przede wszystkim trudniejsze także w odbiorze dla samego widza, szczególnie tego, dla którego temat „obozów koncentracyjnych” jest szczególnie bliski sercu. Czy da się wprowadzać do tego tematu humor? Benigni udowodnił że tak, choć (na szczęście) zdecydowanie nie jest to poczucie humoru rodem z „American Pie”. Nie jest to też humor a’la Monty Python. Zresztą może słowo „humor” to nawet nie jest najbardziej adekwatne słowo. Nie ma tu do czynienia ze scenami, w trakcie oglądania których śmiejemy się do rozpuku. Są to za to ujmujące, pełne ciepła i optymizmu obrazy, gdzie nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach (choć można powiedzieć, że w obozie koncentracyjnym każda sytuacja jest beznadziejna) Guido skutecznie stwarza przed synkiem pozory, jakoby to była jedna wielka gra, w której wygrywa ten kto zdobędzie tysiąc punktów, a w nagrodę dostaje czołg. Nie sposób wyjść z podziwu, jak Guido potrafi wyjść z dosłownie każdej opresji. Aż bije z tych scen poczynań Guido miłość i troska o syna, jak również o żonę, która decyduje się z własnej woli znaleźć się w obozie. I to świadczy o pięknie tego dzieła. A ostatnie sceny to już skrajne wyciskacze łez. Dodajmy do tego zdjęcia, które mogły powstać tylko w Europie, idealną muzykę i wyraziste role drugoplanowe (choć nie da się ukryć, że ten film to Benigni, całkowicie słusznie nagrodzony za rolę pierwszoplanową), a otrzymamy jeden z tych filmów, które dumnie możemy trzymać na półce i co więcej, bez obaw do niego wracać.

Ale też nie ma co ukrywać, od zwykłego insertu do gazety to wydanie filmu niczym się nie różni. Ciężko uznać za jakieś warte dodatkowych złotówek opisy twórców, filmu, trailer, dwa kiepskiej jakości wywiady (z odtwórcami głównych ról) i zwiastuny (i to do poczytania, nie obejrzenia) innych filmów wydanych przez Vision. Trochę szkoda, choć jak na dziewięć złotych to i tak nieźle.

 

najlepszy moment: TRAGIKOPIĘKNOŚMIESZNA SCENA

ocena: 9/10