rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2004 (dzień pierwszy)

gdzie: Skwer Kościuszki, Gdynia

kto: P!nk, Cypress Hill, Sistars

Uaaaaaaaaaaaa. Uaaaaaaaa. I jeszcze raz uaaaaaaaaaa. Chyba zacznę pić tego Heinekena, bo chociaż drogi jest, to właśnie temu piwu (tak to się odmienia?) zawdzięczam Kolejny Najlepszy Koncert w tym roku. Wiem wiem, często tego określenia używam, no ale tym razem naprawdę tak było. Od początku jednak:

Wejście na teren koncertu od 17.00, więc już o wpółdo jadę do Gdyni, gdzie ma się impreza odbyć. Dochodzimy do końca Skweru Kościuszki, a tu w chuj luda. Trzeba cierpliwie stać w kolejce. Słoneczko dosyć mocno grzeje, więc może nie będzie zabawy w deszczu jak na Sean Paulu. W końcu dochodzimy do bramki, pan ochroniarz dzielnie mnie oklepuje w poszukiwaniu broni. Udaje się przejść. Dłuuuga droga do przebycia i znów kolejna bramka, tym razem w celu sprawdzenia biletu. Tutaj już pierwszy, ale i chyba ostatni minus imprezy: jako właściciel karnetu na dwa dni festiwalu musiałem dostać specjalną opaskę na rękę, z którą (tzn. opaską, nie ręką) miałem przyjść także następnego dnia. W razie zerwania opaski bilet na dzień następny staje się nieważny. Pytanie: po chuj coś takiego?? Naprawdę ciężko się spało z tą opaska… no, ale nieważne. Jesteśmy już na miejscu koncertu. Scena odwrócona w kierunku do morza, tak jak rok temu, gdy grali tu m.in. Kosheen. To rozwiązanie eliminowało opcję delektowania się koncertami „na dziko”. I dobrze, w końcu nie na darmo dałem te 123 zeta. Na scenie jeszcze trwają przymiarki, więc czas uprzyjemnić oczekiwanie na koncert. W tym celu udaję się do tzw. piwnego ogródka, gdzie wszyscy konsumują piwo wiadomej marki. Zważywszy na to, że kosztuje 5 zeta, czyli tak jak każde polskie piwo z kija (a bywa czasem nawet drożej), nie jestem w stanie oprzeć się pokusie.

Godzina 18.00, nic się nie dzieje. 19.00, nadal nikogo na scenie. W końcu jakoś między 19.00 a 20.00 pojawia się jedyny tego dnia polski wykonawca, czyli Sistars. Pierwszy kontakt z ich muzyką na żywo, choć już wielokrotnie bywały w 3mieście. Cóż, jakie są Sistars, wszyscy wiedzą. Doceniam umiejętności wokalno-instrumentalne, jednak skłamałbym mówiąc, że w jakimkolwiek stopniu olśniło mnie. Aczkolwiek przyjemnie jest takiej muzy posłuchać w wersji koncertowej, bo brzmienie mają akurat całkiem akuratne. Bardzo dobry perkusista, który miał też swoją chwilę, wespół z basistą (a również od czasu do czasu wokalistą) tworzyli bardzo bujającą sekcję rytmiczną. Dodajmy do tego całkiem przyjemne plumkanie na klawiszach, no i panie liderki, dysponujące całkiem ładnymi głosami. Jeśli chodzi o piosenki to wiadomo – „Nie ty, nie my (SPADAJ)”, „Synu” oraz eurowizyjne „Freedom”. W międzyczasie cover pani Lauryn Hill. A na sam koniec zaledwie cytat z „Sutry”. Panie próbowały jakiejś tam integracji z publiką – zważywszy na fakt, że wszyscy czekali już na Cypress Hill, całkiem udanej.

No ale koniec, czas na główne dania. Niedługa przerwa techniczna i oto pojawiają się ci, na których czekała przypuszczalnie większa część zgromadzonych na Skwerze Kościuszki luda. CYPRESS HILL!

Było ich czterech. Za didżejką oczywiście DJ Muggs, generujący wszelkie tło muzyczne. Na instrumentach perkusyjnych Eric Bobo, choć czasem wspomagał go popisami B-Real. Większość luda skupiała swą uwagę na Tej Dwójce. Sen Dog i B-Real. Ten drugi w oczojebnych czerwonych ciuchach i gustownej czapce-rybaczce. Wciąż nie wierzę, ze Ich widziałem na żywo. Sorry za banał wylewający się z tych słów, ale no naprawdę baaaaaaardzo chciałem zobaczyć ich w akcji. Tym bardziej raduje me serducho, że tak na dobrą sprawę polecieli głównie po klasyce. Czyli zabrakło np. „Lowridera”, na pewno zawiedzione mogły być nastolatki czekające na „What’s Your Number?” Generalnie rządziły rzeczy z czterech pierwszych płyt. Kluczowe momenty? „Illusions”, „How I Could Just Kill a Man”, zagrany jako trzeci „Insane in the Brain”, a zwłaszcza „Dr. Greenthumb” (to chyba właśnie na koniec tego numeru umiejętnościami perkusyjnymi popisał się B-Real). A przede wszystkim chwila, gdy B-Real kazał wyciągnąć wszystkim palenie i „smoke it”. Gdzie nie odwrócić głowy – widok ludzi to nabijających do lufki, to lepiących skręta. Wnet o kant dupy dało się rozbić me postanowienie, by na koncerty chodzić w miarę trzeźwym i świadomym. Na Cypress Hill?!?! Co ja se myślałem.. może jeszcze przyjadą do Polski, to będę miał okazję nie popełnić drugi raz tego błędu. Inna sprawa, że w powietrzu unosiło się tyle oparów, że i bez własnego palenia dało się zbombić. W każdym razie minęła ponad godzina grania, panowie schodzą ze sceny. Jak to tak, bez bisu? Ni chuja. muszą wyjść. I wyszli. Na koniec zagrali absolutnie fenomenalny „(Rock) Superstar”, chyba jedyny reprezentant „Skull & Bones” tego wieczoru. I do domu. I tylko żal dupę ściska przez publikę, a konkretnie jej reakcję – zdecydowanie nieadekwatną do tego co zespół pokazał. Zaledwie parę gromadek skandujących nazwę zespołu, trochę oklasków i już, podziękowaliśmy. Nosz kurwa, jak tak można? Przecież to był występ Legendy! Absolutnie fenomenalny koncert. Nawet jeśli chwilami rozmyślałem, jakby to mogło zabrzmieć z pełnym zespołem, to i tak było genialnie. Koncert roku. Znów!

Kolejna przerwa techniczna. I Pink. Tutaj to już w ogóle zerowa reakcja publiki. Trochę to przykre, bo pani Różowa się starała. Nie oszukujmy się, muzycznie to jest zwykły tam pop rock. ale na dobrym poziomie, zwłaszcza jeśli chodzi o wykonanie. Znów genialny perkusista, basistka z fajowską blond czupryną (może dready to były?), która razem z koleżanką wspomagały Gwiazdę wokalnie. Reszta składu: dwóch klawiszowców, gitarzysta, gitarzystka, no i Ona. Setlista? No hiciory, hiciory były. Lecę z pamięci: „Don’t Let Me Get Me” na sam początek, „Can’t Take Me Home”, „Family Portrait”, „Trouble”. Z rzeczy mniej oczywistych usłyszeliśmy cover 4 Non Blondes „What’s Up?” – autorstwa głównej partnerki muzycznej Pink, Lindy Perry. O ile mnie wzrok nie mylił to ona była ową gitarzystką która wspomagała Pink na scenie. Chyba podczas tego numeru publika najbardziej się rozruszała, nawet jakieś zapalniczki w ruch poszły. Urzekl na swój sposób mnie numer, który w refrenie miał coś o Wietnamie – aż tak nie znam dyskografii Artystki. Innym fajnym momentem było wykonanie a capella coveru Janis Joplin „Piece of My Heart”. Może głos nie ten, ale zdecydowanie mogło być gorzej. To też zapunktowało u publiczności. A jeszcze bardziej się rozruszali przy „Just Like a Pill” i wieńczącym koncert „Get the Party Started”, przy którym nastąpiło chyba  „apogeum” szaleństwa publiki. I koniec. Zero bisów, oklaski nędzne. Z mojej perspektywy – totalny chłód. Nie pomogły zaloty Pink, w jakim „beautiful country” jest i jacy tu są good-looking people. Uznaję to jednak za błąd organizatorów – myślę że publika Cypress Hill i Pink to dość różniące się grupy. Znamienne, że sporo ludzi porozchodziło się po koncercie Cypress Hill, czego przyznaję że zupełnie nie kumam. Jak już kupuję bilet na takiego Cypress Hilla, a przy okazji mam za darmo gwiazdę jaką niewątpliwie jest Pink, to można by już przeboleć i posłuchać co ma do zaoferowania. Ale może to tylko moje beztroskie podejście.

 

najlepszy moment: CYPRESS HILL – (ROCK) SUPERSTAR

ocena: 7,5/10 

Leave a Reply