rageman.pl
Muzyka

Nick Cave And The Bad Seeds – Murder Ballads

rok wydania: 1996

wydawca: Mute

 

zostajemy w kregu klasycznych songwriterow lat 90tych. a przy okazji wreszcie omowimy jakas plyte Nicka Cave’a i jego kompanow z Bad Seeds.

jakos nikt nie kwapi sie z uznaniem tej plyty za najlepsze dokonanie mhrocznego Australijczyka. nie aby ktos ja uznawal za wpadke czy chocby slabsze dokonanie. Cave ponizej pewnego poziomu nie schodzi. rzecz w tym, ze facet posiada w dorobki tak absolutne klasyki jak „The Good Son”, „Let Love In” czy „Your Funeral… My Trial”, ktorych kwestionowanie wartosci artystycznej jest rownoznaczne ze strzalem w kolano i glowe jednoczesnie. z drugiej jednak strony – sa tez i tacy, ktorzy lubia najbardziej Cave’a plynacego w nurcie balladowym, zapoczatkowanym nastepca „Morderczych Ballad” – „The Boatman’s Call”. inna sprawa, ze lubiacy czuc sie czescia jakiejs najelitarniejszej z elit fani Nick’a mogliby bac sie przyznac, ze ich ulubiony album idola jest jednoczesnie jego najwiekszym sukcesem komercyjnym. jak to jest wiec z „Murder Ballads”?

wiec prawda w moim mniemaniu jest taka, ze to kolejna kapitalna, prawie-ze klasyczna plyta Zlych Nasion. przebogata aranzacyjnie, melodycznie, z klimatem i kapitalnym konceptem. plyta, ktora w pelni zasluzyla na sukces komercyjny, choc nie ma co ukrywac, ze osiagniety on zostal niejako przypadkiem. a wlasciwie jednym numerem. „Where The Wild Roses Grow”. nie ma co sie spinac – to naprawde piekny numer, zadnej artystycznej zdrady nie ma. a to, jak kapitalnie udalo sie w nim odnalezc Kylie Minogue, jest raczej dzielem geniusza autora piosenki (choc Kylie tez), niz jego wyrachowania.

zreszta, cudnych zenskich wokali tu znacznie wiecej i w to chyba one najbardziej wyrozniaja ten album. mniejszy rozglos niz duet z Kylie zdobyl drugi singiel z plyty, „Henry Lee”, choc to tez przecudny track. no i trudno sobie wyobrazic bardziej pasujacy do Cave’a zenski wokal niz PJ Harvey (Tori Amos niestety trzyma bardziej z amerykancami, hehe). w lirycznym, najblizszym przyszlych dokonan „The Kindness of Strangers” slychac nie tylko Julee-Cruise’owato eteryczny zenski chorek , ale takze placz Anity Lane, bylej muzy Cave’a. w temacie „zenski spiew” abslutnie rozklada popowy niemal hook w „Lovely Creature”.zreszta caly utwor, pospisany wyjatkowo przez caly zespol, powinien zostac wyrozniony.

co jeszcze? bluesior w „Crow Jane”. przerazajacy open’er „Song Of Joy”. czy najciekawsze pod lirycznym wzgledem, dorownujace ubostwianemu przeze mnie „Gdy Oslica Ujrzala Aniola” (przyznac sie, kto mi zajebal ksiazke z domu?) „Stagger Lee”, „The Curse Of Millhaven” i „O Malley Bar” (15 minut, ani sekundy znuzenia!). dwa ostatnie, jak pamietamy, zostaly przerobione na potrzeby Cave’owego koncertu Przegladu Piosenki Aktorskiej. porownanie oryginalu z „przerobkami” wypada przerazajaco… a na cover Boba Dylana – „Death Is Not The End”. w kontekscie calej plyty, przesiaknietej smiercia i przemoca, wypada on conajmniej ironicznie. a fakt, ze spiewaja tu wszyscy niemal „uczestnicy” plyty (poza wczesniej wspomnianymi wokalistkami takze Shane MacGowan), to moznaby mowic nawet o jakims Band Aid w krzywym zwierciadle.

trzeba znac.

 

najlepszy moment: LOVELY CREATURE

ocena: 8,5/10

Leave a Reply