Madness – Madstock!
rok wydania: 1992
wydawca: Go! Discs
kontynuujemy temat.
troche historii: w 1992, po 6letnim rozlamie, brytyjczycy z Madness znow postanowili pograc razem. a ze pod koniec pierwszego okresu swego jestestwa sklad zespolu lekko sie zmodyfikowal, tak tez byl to wlasciwie reunion po osmiu latach. postanowili uczcic to w dosyc spekakularny sposob – wlasnym festiwalem. wprawdzie podczas dwoch sierpniowych dni ’92 roku, kiedy to wystepy dawali Madness i zaproszeni przez nich goscie (m.in. Morrissey), nikt nie planowal powtorki z rozrywki, jednak juz wkrotce Madstock stal sie swiecka tradycja. i chociaz dla bulwarowej presji najwazniejsze w wydarzeniu to, ze byly lider The Smiths podczas swego wystepu dal wyraz sympatii z prawicowcami, to cala reszta swiata nie miala watpliwosci, ze to wystep Madness byl w tym wszystkim najwazniejszy.
zwlaszcza ze naprawde jest co pamietac. dzis mozemy tylko przyjac na wiare hiperentuzjastyczna opowiastke o koncercie umieszczona w ksiazeczce albumu i anegdote o tym, jak mieszkancy przyleglych mejscu koncertu terenow skladali donos na policje o trzesieniu ziemi. ale to zawartosc cedeka powie Ci najprawdziwsza prawde o tym, jak bylo. i wnioskuje, ze bylo przezajebiscie.
na poczatku tajemnicze dzwieki, niczym z techno-eventu a nie legendy ska, ale juz pozniej slyszymy legendarne „Hey You! Don’t watch that, watch this!”. czyli „One Step Beyond”, Jedyny Sluszny Poczatek Koncertu Madness. i wprawdzie tuz po nim wybrzmiewa kolejny klasyk z debiutu – „The Prince” – jednak juz trzeci w kolejnosci „Embarrassement” daje do zrozumienia, ze to nie bedzie koncert-uklon w strone najwierniejszych fanow. i dobrze. bo choc w latach 80tych panowie zblizyli sie do pop-formatu do tego stopnia, ze kawalii pokroju „House Of Fun” czy „Our House” sa dzis kojarzone nawet przez osoby, ktorych kontakt z muzyka ogranicza sie do sluchania rmf fm od swieta, to bynajmniej nie byl to dla nich okres bledu i wypaczen. wiecej – moznaby nawet mowic o jak najbardziej naturalnej ewelucji stylu objawionego na pierwszej plycie, co rozni Madness od np Queen, ktory tez w tym okresie z legendy swego gatunku awansowal na komercyjna mega-gwiazde.
oczywiscie nie trzeba dodawac, ze dzieki takiemu doborowi utworow jest to jak jak najbardziej pelny obraz zjawiska Madness’em zwanym. nas jednak bardziej interesuje to, ze zajebiscie sie slucha tych osiemnastu utworow. bo ich przekozackosc to jedno, ale wykonanie takze nalezy umiescic na najwyzszej polce. nawet jesli nie ma mowy o jakichs znaczacych modyfikacjach (acz wplyw „My Girl” tutaj traci epickoscia, czego raczej nie dostrzegalem w studyjnej wersji), to jednak Energia… ENERGIA! capslockiem trza o niej mowic. i zaznaczyc, ze wplyw na jej wielkosc ma takze odbior publiki, ktora wyspiewuje tekst niemal kazdej piosenki.
przy tej plycie zaczynam zalowac, ze wystep Madnessu nalozyl sie na oczekiwany przeze mnie latami koncert Faith No More (choc zjebka nalezy sie tutaj zespolowi a nie organizatorom). nawet jesli dzis postapilbym tak samo.
najlepszy moment: MY GIRL
ocena: 8/10