rageman.pl
Muzyka

Smash Mouth – Fush Yu Mang

rok wydania: 1997

wydawca: Interscope

 

przyjemniackiej muzyki ciag dalszy.

leciutko poruszylismy przy okazji OPM temat tzw „kalifornijskiego grania”. moglibysmy sprecyzowac zagadnienie – dlaczego kalifornijskie granie nie ma szansy byc popularne gdziekolwiek indziej? nie mowimy teraz o Green Day’u czy Offspringu, bo to kapele ktore sa – coby o nich nie mowic – ponad tym. mowmy o takich typowych kapelach. gdzie jest krotko, punkowo, wesolutko, slonecznie i na deskorolce. i tak przez caly rok. ostatnio widzialem taki obrazek. a ponoc byl on jak najbardziej aktualny, zrobiony pare dni temu. wprawdzie to byla jednak Australia a nie Kalifornia, ale pewnie wygladaloby to podobnie. trudno nie jebnac czymkolwiek w takiej sytuacji w odbiornik, kiedy w tym samym czasie za oknem snieg przysypuje samochody juz niemal w calosci, a na chacie pajaki sztywnieja z zimna. no i wlasnie – jak w takiej sytuacji lubic muzyke niemal celebrujaca taki przezajebisty stan pogody jaka maja na zachodnim wybrzezu? nie da sie. taka ma geneza braku popularnosci kalifornijskiego punku w europie.

inna sprawa, ze muzycznie tez nie prezentuje sie to najlepiej. ba – wiekszosc tzw poppunku jest dla mnie nie do przebrniecia. choc akurat Smash Mouth tak od razu w jednym rzedzie z sum41 czy blink182 stawiac nie nalezy. to taki kalifornijski odmieniec, cos pokroju sugar ray. tylko ze zamiast kombinowac z numetalem smash mouthy inspiruja sie ska oraz rock and rollem z lat 50tych i 60tych. a ze to calkiem szlachetne inspiracje, to ocenimi ich ciut laskawiej.

bo niby wiekszosc debiutanckiej plyty to wlasnie takie srednio intrygujace kalifornijskie granie, upstrzone tekstami „z zycia wzietymi” (w tym wypadku – „co sie bedziesz koles przejmowal ze typiara cie nie chce, chodz na imprezke” i tym podobne zyciowe dramaty). ale ale – co robi ten beachboysowy zaspiew na poczatku „Beer Goggles”? a ta przekozacka trabeczka w „Disconnect The Dots”? a ten klimat el mariachi w „Padrino”? cover „Why can’t we be friends” to chyba tez nie przypadek? nie mowiac juz o wciaz najwiekszym hicie zespolu, numeru od ktorego wszystko sie zaczelo – „Walkin’ On The Sun”. to juz rzecz ewidentnie z innej bajki – tak stylistycznie, jak i jakosciowo. zero pierwiastka punkowego, czysty swing lamany psychodela. mozna nawet wybaczyc ze troszke zapozyczyli sie Perrey And Kingsley’a (no ale powiedzcie – czy jakiemus typowi z blinka czy innego simple plana w ogole ta nazwa by cokolwiek mowila?), bo wyszlo przepysznie. tak na dobra sprawe to jedyny fragment plyty, dzieki ktoremu moznaby rozwazyc postawienie Smash Moutha obok The Monkees czy The Turtles. a, i zaskakujaco nieglupi tekst.

no wlasnie – teoretycznie fajnie, ze pozniej panowi poszli rzeczywiscie w tym sixtiesowym kierunku, dajac sobie spokoj z mocniejszymi gitarami. niestety okazalo sie to tak bezplciowe (vide skrajnie wkurwiajacy „All star”), ze dzis juz nawet przyslowiowego psa z kulawa noga nie obchodza. dlatego z calej ich dyskografii najlepiej zapamietac wlasnie debiut. a najlepiej to sobie o nim przypominac w okresie wakacji. o ile akurat np nie leje jak z cebra.

 

najlepszy moment: WALKIN’ ON THE SUN

ocena: 7/10

Leave a Reply