Big Rude Jake – Big Rude Jake
wydawca: Attic
czas na cos nietypowego.
mowimy dzis nie tyle o rarytasie, co o relikcie przeszlosci wrecz. bo o Big Rude Jake’u to wlasciwie niewiele wiadomo. wiemy ze kolezka pochodzi z Kanady. najblizej lizniecia slawy byl przy okazji trzeciej swej plyty, dzis tu omawianej. a to z tego powodu, ze dystrybucje zapewnial jej sam legendarny Roadrunner (piekne, niepodlegle Warnerowi czasy, kiedy nie inswestowali w metalowych dziadow, a krealowali trendy i inwestowali w niemetalowych wykonawcow pokroju Junkie XL, Feeder czy omawiany dzis BRJ). pare sezonow pozniej Jake przepadl i tyle zesmy praktycznie go widzieli.
a szkoda. bo typ calkiem sympatyczna muzyke gral. juz okladka daje pewne wyobrazenie o zawartosci. i choc nic mi nie wiadomo o tym, by w Kanadzie kiedykolwiek byla prohibicja, to muzycznie jest to wypisz-wymaluj Ameryka lat 20tych. sekcja deta, kontrabas, swing, jazz, jive, rock and roll i opowiesci o prawilnych gangsterach i upadlych kobietach. mozna postawic na polce obok omawianego niedawno soundtracku do „Dick Tracy”, choc Jake’owi zdecydowanie nie widzi sie ograniczanie sie do dwuminutowych kompozycji. poza tym dynamiczniejsze fragmenty sa naprawde dynamiczniejsze, wrecz agresywne – vide „Let’s Kill All The Rock Stars” czy „Blue Pariah #1” (co za bass!). w spokojniejszych fragmentach zas skojarzenia biegna ku takim panom jak Tom Waits czy nawet Ray Charles.
i wszystko fajnie, tylko jednak brakuje osobowisci na miare wymienionych w poprzednim akapicie panow. poza tym momentami mozna odniesc wrazenie, jakby pomimo radosnie brzmiacych dzwiekow pan Jake strasznie powaznie podchodzil do calej tej stylistyki. jest wiec stajl, jest potancowka, ale brak tu takiego prawdziwego luzu i funu jak w nagraniach Richarda Cheese’a (i nie ma tu nic do rzeczy fakt, ze Jake nie siega po covery). inna sprawa, ze taki swingowy klimat to nie jest cos, czego moglbym sluchac z przyjemnoscia na repeacie.
niemniej plyta warta poznania.
najlepszy moment: BLUE PARIAH #1
ocena: 7/10

