The Rapture – Sister Saviour
wydawca: DFA
pozostajemy w formacie singlowym.
The Rapture. jedna z zajebistszych kapel, jakie wyplynely na indie-fali w ostatniej dekadzie (i ha! co sie okazuje? ze amerykancy to sa, patrz: rozkmina we wstepie do recezji debiutu Clap Your Hands Say Yeah). choc zdanie to nie do konca jest prawdziwe. bo po pierwsze – The Rapture, zalozone juz w ’98 roku, TWORZYLO te fale. po drugie – w przypadku tych panow czesciej korzysta sie z terminu dance-punk. czyli ze co? no generalnie to gramy na gitarach, zamiast beegeesowego falsetu mamy „normalny”, moze nawet we wlasnie punkowy sposob zadziorny wokal, ale calosc niech ma wrecz klabingowy feeling. i musi bujac. namechecking? no niech bedzie – talking heads, new order, blondie, public image limited, gang of four… ale zadnej beszczelnie bezposredniej zrzyny nie ma. wiecej: obstawiam ze za pare lat the rapture, obok lcd soundsystem, sami beda wymieniani wsrod klasykow. a moze juz sa?
tyle juz powiedziano o wybitnosci plyty „echoes” ze nie czuje sie nawet na silach podejmowac tego tematu. podejdzmy wiec do niego z innej strony. wiadomo ze w kwestii genialnosci „House of Jealous Lovers” tez poswiecono sporo farby drukiarskiej tudziez kilobajtow. ale o singlowym „Sister Saviour” tez warto rozmawiac. wrecz nalezy. oblednie hipnotyzujacy, konkretnie wixiarski (to juz nawet nie indie potancowka, a Mayday jakis) motyw syntezatorow zdialogowane z gitarowymi, atmosferycznymi (niby punk, ale z gilmourowym „run like hell” sie kojarzy) plumknieciami gitary. zre to tak niesamowicie, ze dopiero po 389273892738972893392 odsluchu moze ewentualnie zrodzic sie pytanie „zaraz, a refren?”.
singiel to wlasciwie nawet nie singiel a „Promo only”. wiec poza wersja albumowa jest tu takze (slusznie) pozbawiony wstepu radio edit.
najlepszy moment: SISTER SAVIOUR
ocena: 8/10
