rageman.pl
Muzyka

The Rapture – Echoes

rok wydania: 2003

wydawca: DFA

 

no dobra, sprobujmy jednak o tym „Echoes” cos napisac…

historia dobrze znana, przynajmniej tym ktorzy chca sie interesowac historia muzyki najnowszej. w 2002 roku pojawia sie zapowiedz pelnowymiarowego debiutu The Rapture (wczesniejsze wydawnictwa powszechnie klasyfikuje sie jako EPki). na imie mu „House Of Jealous Lovers”. taneczna pulsacja rodem niemalze z chorego plemiennego rytualu anizeli tradycyjnej dyskoteki. rozedrgany,klujacy w uszy wokal powtarzajacy na szerokosci calego numeru wlasciwie ten sam, tytulowy wers (no, nnie nalezy zapominac o trademarkowym niemal „Shakedoooown!”). rownie przyjemna w odsluchu gitara, w ktorej chyba najbardziej slychac punk nowo powstalego gatunku. no i ten cowbell – instrument ta smieszny w swej istocie, ze az genialny. 5 minut, ktore zajmowalyby w dziejach historii Muzyki rownie zaszczytne miejsce co „Smells Like Teen Spirit” czy „Anarchy In The UK”, gdyby sukces artystyczny szedl w parze z komercyjnym.

ale kiedy logika nakazywalaby, dla przypieczetowania sukcesu i napedzenia koniuntury, rzucic na rynek caly album, odpowiedzialni za cale zamieszanie panowie (teraz juz czterech, po dojsciu multiinstrumentalisty Gabriela Andruzziego) postanowili milczec. albo raczej zostali do tego milczenia zmuszeni, ze wzgledu na rzekome zawirowania wokol kontraktu z labelem. i w tym czasie krytyka muzyczna i co bardziej kumaci sluchacze zdazyli ogarnac sie po szoku wywolanym wspomnianym singlem, a nawet ukuc, zdefiniowac i nagromadzic encyklopedyczne przyklady dla gatunku, zwanym dance punk. a jednak nie zamortyzowalo to wszystko ciosu, jakim byl „Echoes”.

namechecking dla przypadku zwanego The Rapture zostal juz zapodany przy „Sister Saviour”, wiec powtarzac sie nie bedziemy. zreszta czy jest sens? w przyrodzie nic nie bierze sie z niczego, a juz na pewno nie w muzyce XX wieku i nastepnego. a jednak kazda kolejna nazwa zapodawana w tym kontekscie stopniowo oddalalaby nas od prawdy, ktora nalezy jak najbardziej odnotowac, tu i teraz, jak najszybciej: The Rapture to nowa jakosc. choc moze nawet wypadaloby dodac: The Rapture wyprodukowany przez duet DFA to nowa jakosc. bo gdyby cos sie pojordolilo w czasoprzestrzeni i „Pieces Of The People We Love” ukazalo sie pierwsze, to innowacyjnosc The Rapture moglaby wzbudzac jeszcze drobne watpliwosci. choc gdyby „Echoes” ukazalo sie jeszcze pozniej, np w 2006 roku, to juz mogloby byc za pozno na tytul Przelomu czy Rewolucji… jak to dobrze, kiedy sie rzeczy dzieja wtedy, kiedy sie dzieja!

o, wlasnie „Sister Saviour” leci. to dobry punkt do dalszych wynurzen. bo choc singiel ten stanowi bez watpienia jeden z najzajebistszych fragmentow plyty, to jednoczesnie jest on jej najbardziej odstajacym fragmentem. ze wzgledu na swa przystepnosc, dzieki ktorej moze on wpasc w ucho nawet bywalcom pseudoindie potancowek. z reszta plyty juz tak latwo nie ma, psychofani franz ferdinanda i klaxons sie nie zalapia. i tu dochodzimy do istoty dancepunkowego zjawiska. uzywanie tego terminu – podobnie zreszta jak indie, choc to juz na zdecydowanie wieksza skale – w coraz kuriozalniejszych przypadkach powoduje, ze nawet bardziej osluchani muzycznie, a nie majacy dotychczas nic wspolnego z ow nurtem, zadaja pytanie „ok, ale gdzie w tym punk?”. i slusznie. bo takowego nie ma ani u Kaiser Chiefs, ani u The Killers (nazwy dobrane nieprzypadkowo, ale nie chce mi sie juz szukac linkow). na „Echoes” go za to od groma.

wspomnielismy o jazgotliwych gitarach i wokalach. ale nie tylko do tych elementow sprowadza sie jej punkowosc. spojrzmy prawdzie w oczy – sluchanie tej plyty czasem boli. owszem, jest to bol masochistycznie przyjemny, ale jednak. a juz na pewno bzdura jest nazywanie „Echoes” idealna plyta imprezowa. impreza przy „Echoes” wygladalaby w ten sposob, ze melanzowicze stale wchodziliby i po chwili schodziliby z parkietu. i to w tym samym skladzie osobowym. niech za przyklad posluzy track tytulowy. kapitalny drive, napedzany zagrywka godna najlepszych pomyslow keitha richardsa, przypieczetowane wieloglosami o zajebistosci godnej ich konkurencji z liverpoolu. no nic tylko sila woli odpiac w tancu kabelki laczace mozg z reszta organizmu. tyle ze na wysokosci ostatniej ostatniej minuty wchodzi wyziew godny crust punkowcow. „kasia cichopek wychodzi z sali”.

i znow – oslawiona logika kazalaby zbesztac za takie polaczenie. ale wlasnie na tym polega zajebistosc tak tej piosenki, jak i zjawiska! ten groch z kapusta to najlepsze danie, jakie upichcono w imnionej dekadzie.

jednak przekozackosc tej plyty nie polega tylko na tym, ze sobie Jenner z kolegami dance z punkiem polaczyli i nie oderwalo im raczek. ta plyta zachwyca nie tylko jako manifest nowego stylu, ale po prostu jako Album Muzyczny. z wlasna dramaturgia, nie polegajaca tylko na roznicowaniu proporcji w obrebie pojedynczych trackow. taki „Open Up Your Heart”, „Love Is All” czy „Infatuation” nie maja nic wspolnego ani z Public Image Limited, ani z Sex Pistols, ani z New Order. predzej z Buckley’ami. taki „Heaven” natomiast to wykapany Hendrix z jego debiutanckiego LP .i nawet jesli nie sa to moje ulubione fragmenty plyty, to ich obecnosc tylko potwierdza wielkosc tych muzykow i sporzadzonej przez nich plyty.

zreszta wybor ulubionego numeru z „Echoes” to ciezka sprawa. ale hej, wlasnie po tym sie poznaje zajebista plyte, right?

 

najlepszy moment: OLIO

ocena: 9/10