rageman.pl
Muzyka

Van Morrison – Back On Top

rok wydania: 1999

wydawca: Exile

 

wprowadzamy dzis kolejna postac do Panteonu Muzycznych Bossow Omowionych Na Tym Blogu. Van Morrison, psze panstwa. dobra okazja jest ku temu. o tym panu wszak wspominalismy wczoraj, a konkretnie o jego duecie z Ray’em Charlesem. to symbliczny duet, gdyz prawdopodobnie gdyby nie bylo Charlesa, nie byloby tez i Vana. inna sprawa, ze prawdopodobnie gdyby nie bylo Vana z kolei, to nie byloby polowy obecnej sceny muzycznej.

no, moze przesadzam, ale fakt jest taki, ze Postac to ogromnie znaczaca w historii Muzyki, na ktora powoluja (i powolywali) sie niemal wszyscy, ktorym na sercu lezy dobry songwriting. od wspolczesnych grajkow pokroju Damiena Rice’a czy Jamesa Blunta, przez Eltona Johna az na U2 i The Doors konczac. przy czym wszystkim status ma Van zblizony do tego, jakim cieszy sie chocby Velvet Underground – czyli „ulubiony wykonawca twoich ulubionych wykonawcow”. masy, a co za tym idzie-  listy przebojow, obeszly sie niestety z Vanem raczej obojetnie.

tym wiekszy zal, ze jest to Artysta wciaz aktywny i w sumie zal az patrzec, jak kolejne jego plyty (a wydaje je z godna podziwu regularnoscia od 40 lat) przechodza gdzies „obok” rynku muzycznego. oczywiscie dramatu nie ma – ktos tam je zawsze kupuje, co listy sprzedazy laskawie odnotowuja, a i recenzenci sie przychylnie raczej wypowiedza. gdyby jednak porownac np do casusu Boba Dylana, ktorego kazda plyta witana jest jako Wydarzenie pomimo regularnego obnizania lotow, przypadek Morrisona mozna nazwaz niesprawiedliwoscia. poniewaz jego plyty wciaz solidne. nie – rewelacyjne, nie – przelomowe. na to byl czas pare dekad temu, kiedy wydano „Astral Weeks” czy „Moondance”. po prostu dobre. „Back On Top” tego przykladem.

okreslano ten album jako powrot do korzeni, jakkolwiek mozna je okreslic w kontekscie takiego Oryginala jak Van Morrison. ale rzeczywiscie – otwierajacy calosc, rhythm’n’bluesowy „Going Down Geneva” brzmi tak staroswiecko jak tylko sie da. ale to jest dokladnie taki Van The Man, jakiego sobie wszyscy zyczymy. co pierwsze sie narzuca na mysl – majacy w glebokim powazaniu to, jak powinno sie dzis grac. ale chodzi takze o sama warstwe muzyczna, szczegolnie aspekt wokalny. krotka pilka – ten Glos to unikat. tak nie spiewa zaden bialy czlowiek, a szczegolnie pochodzacy z Irlandii. sluchajac tego przezartego bluesem glosu az nietrudno porozkminiac, czy aby na pewno gdzies w rodzinie Morrisonow nie zaszedl lekki mezalians z Murzynem jakims.

a przeciez po „Going Down Geneva” jest jeszcze lepiej. choc inaczej. nie ma co ukrywac – sporo tu trackow z podkreconym tempem, niemniej plyta jako calosc jest raczej spokojna, momentami wrecz smutna. i tak silnie melancholijna (co akurat w przypadku Morrisona nie dziwi), ze sluchanie jej w tak sloneczny dzien jak dzisiaj (o ile sie mieszka w 3miescie a nie np na Poludniu kraju) jawi sie czynnoscia wrecz masochistyczna. dlatego takie kawalki jak „In The Midnight” (to „uuuuu” pod koniec – masakra!), „Reminds Me Of You” czy przede wszystkim „Golden Autumn Day” zostawiam na okres jesienny. a obecnie proponuje takie kawalki jak tytulowy, optymistycznie nastrajajacy „Back On Top”, „High Summer” o wiele mowiacym tytule, skrajnie oldskulowy „Precious Time” czy przede wszystkim „New Biography”. choc ten ostatni paradoksalnie ma najbardziej gorzki tekst z wszystkich 10 piosenek.

to co jednak w tej plycie chyba najpiekniejsze i najbardziej zachwycajace to wcale nie jej jesiennosc i tzw Klasa, a wrazenie totalnego luzu, jaki towarzyszyl jej powstawaniu. to banaluk, ale tu naprawde slychac Artyste, ktory nic nie musi juz udowadniac. na kartach Historii Muzyki zapisal sie juz dosyc dawno i to calkiem solidnie. na koncie ma praktycznie wszystkie najwazniejsze laury, jakimi moze obdarzyc branza muzyczna. na sukcesie komercyjnym i tak nigdy mu nie zalezalo, a przynajmniej przenigdy nie dal tego po sobie poznac. dzieki wlasnej wytworni ma calkowita wolnosc artystyczna. a ze, jak juz wspomnielismy, zarowno krytyka jak i masy traktuja jego ostatnie dokonania z rezerwa, to moznaby wysunas stwierdzenie, ze Morrison absolutnie nic nie musi. nikt by nie mial mu za zle gdyby odszedl na artystyczna emeryture – zarowno ci obojetni wobec jego osoby, jak i ta gromada fanow, ktora juz i tak moze czuc sie usatysfakcjonowana jego dokonaniami. a jednak wydaje te plyty, chyba glownie dla wlasnej przyjemnosci. i moze dlatego sa one tak najzwyczajniej w swiecie udane.

 

najlepszy moment: NEW BIOGRAPHY

ocena: 8/10

Leave a Reply