The Streets – Original Pirate Material
rok wydania: 2002
wydawca: Locked On
no dobra, jako ze Mundial znow ma przerwe – tym razem ostatnia – tak i my wrocimy do tego czym sie zajmujemy na codzien. dobra, murzynska nuta.
no, z Mike Skinnera taki murzyn jak z Korwina Mikke feminista, ale jednak i jemu nalezy sie wpis w hiphopowej encyklopedii. inna sprawa jakiej wielkosci mialby to byc wpis.
no wlasnie, niby przy okazji recenzji drugiej i trzeciej plyty The Streets probowalismy rozkminic fenomen tego jednoosobowego projektu. wyszlo nam, ze zachwycac az tak bardzo nie ma czym, ale jest calkiem niezle. natomiast kiedy dzis wrocilem sobie do debiutanckiego, niepodwazalnie esencjonalnego w temacie the streets albumu, ten sceptyczny stosunek jeszcze bardziej przybral na sile. choc oczekiwalem zgola odmiennej reakcji.
ok, bilans plusow i minusow jest mimo wszystko sympatyczny dla Skinnera i drzwi mojego odtwarzacza beda dla niego juz zawsze otwarte. niemniej jednak z perspektywy 8 lat i 3 kolejnych plyt Skinner sie okazal troszkie taka kolejnym, brytyjskim przekretem sceny muzycznej, sex pistolsem XXI wieku. z ta roznica, ze u Rottena i spolki sciema dotyczyla kwestii okolomuzycznych i wartosci „Never mind the bollocks…” podwazac nie nalezy. u The Streets scieme sluchac w samej muzyce.
jedno jest pewne – tytul mowi prawde. rzeczywiscie jest to material oryginalny. a i mozliwe ze gdyby kumple po fachu kapitana haka nagrywaliby hiphop, to brzmialby on wlasnie tak. bo i to flow Skinnera jest rownie karykaturalne co nawijak typu „har har har, shiver me timberrrrrs”. nie mowiac juz o tym, ze – jak sie z czasem okazalo – jest ono u Skinnera nie tylko karykaturalne, ale i pozerskie. i to „oi, oi, oi” powtarzane co drugie zdanie, tak jak kiedys bylo wisienka na torcie unikalnosci Skinnera, tak teraz odbieram niejako jako symbol the streetsowej sciemy.
ale paradoskalnie nie kwestie lingwistyczne najbardziej rozczarowuja moj gust AD 2010. jak sie okazalo po tej prawie dekadzie dzialalnosci Skinnera, nie do konca splacil kredyt zaufania jaki zaciagnal u sluchaczy tymi chalupniczymi podkladami. choc tez trza przyznac- bylo blisko. najblizej na „A grand don’t come for free”, z tego glownie powodu imho najlepszym albumie Skinnera. owszem, zdazaly sie tam eksperymenty totalnie chybione, ale przynajmniej chlopak probowal, bylo roznorodniej. debiut brzmi stylowo, spojnie, ale w tej stylowosci jednoczesnie nudnawo. inna sprawa, ze juz na „Original…” chlopak pokazal, ze jego stosunek do melodii jest wrecz patologiczny. to zreszta jedna z wiekszych zagadek brytyjskiej muzyki ostatnich lat – czy ta totalna antyhookowosc refrenow The Streets wynika z jakiejs genialnej muzycznej metodologii czy po prostu z bycia beztalenciem w tej materii. zwazywszy na to, ze jednak zdarzaja sie mu i konkretne piosenkowe strzaly („Blinded by the lights”, a na „Original…”: „Has it come to this?” czy chocby „Same old thing”, w obu zreszta za spiewanie odpowiada jakis ziomek Skinnera, co przypadkiem zdecydowanie nie jest) to przechylam sie ku drugiej opcji.
mysle sobie ze z The Streets jest jak z Molesta. Skinner naprawde najlepiej wypada jako teksciarz. chyba nie jest przesada uznawanie go za glos pokolenia wspolczesnych brytoli, mozliwe ze na londynskich melanzach padaja cytaty z The Streets w rownej czestotliwosci co u nas z „Dobrze bedzie dzieciak” czy „Wiedzialem, ze tak bedzie”. jednoczesnie nikomu przy zdrowych zmyslach i uszach nie przejdzie przez mysl nazwanie „Skandalu” Dzielem Sztuki. jak sie okazuje – mimo wszystko w Polsce wiecej zdrowego rozsadku niz w ojczyznie New Musical Expressu.
najlepszy moment: SAME OLD THING
ocena: 7,5/10