rageman.pl
Muzyka

John Garcia

gdzie: Firlej, Wrocław

kto: John Garcia

 

wybaczcie ta niezapowiedziana przerwe w dostarczaniu notek. niestety musze uprzedzic, ze taka sytuacja moze sie wydarzyc jeszcze nieraz, bo ciezkie jest zycie bankowca, heh. tak po prawdzie byla ona spowodowana uczestnictwem w moim pierwszym koncercie w tym roku. byc moze i ostatnim zarazem. wciaz nie odzyskalem zajawki koncertowym spedzaniem wolnego czasu i odbiorem Muzyki. co ma tez i swoje plusy – raz, ze czlowiek intensywniej przezywa taka wycieczke. dwa, ze jesli juz sie wybierze na koncert, to naprawde mozna mowic o Wydarzeniu. a dla mnie – skrajny subiektywizm, ale co tam – wczorajszy koncert w Firleju to bylo wieksze wydarzenie niz AC/DC, Thrashowa Czworka i Open’er razem wziete.

wiem ze chodza jeszcze po swiecie jednostki, ktore oczekuja wiekszej ilosci watkow prywatnych w notkach. oto one: otoz wraz z moja Siostrzyczka uderzylismy do Wroclawia dopiero wczoraj, by dolaczyc do przebywajacych w Breslau od soboty Sulima oraz Wikaryjczykow. po raz kolejny niestety trzeba to napisac: PKP – powinni tego zabronic. zwlaszcza w obliczu takiej masakry pogodowej jaka obserwujemy od wczoraj. no nic to. tym razem samego Wroclawia obejrzelismy niewiele, od razu umiejscowilismy sie w okolicach Firleja. oslawiony (tu osbywal sie przeciez jeden z najciekawszych festiwali polskich, Assymetry Festival, a i pare ciekawych marek tu zawitalo jak dotad) klub okazal sie calkiem przytulna miejscowa, tak jak oczekiwalem – cos a’la Ucho. z ta roznica, ze chociaz „koncertowej przestrzeni” jest mniej wiecej tyle samo w obu klubach, tak Firlej dysponuje jeszcze m.in. sala pubowa, a i sam sklada sie z dwoch pieter. ludzie? tak jak sie spodziewalem – wylacznie wtajemniczeni w temat. dotyczy to rowniez „celebrytow” z takich kapel jak Elvis Deluxe czy Corruption. dalo sie dostrzec pare koszulek Queens Of The Stone Age, ale generalnie moznaby powiedziec, ze w Firleju zebrala sie publika, dla ktorej nowy zespol Homme’a jest conajwyzej godnym nastepca niesmiertelnego Kyussa. z drugiej strony – jesli tak bylo, to przykry wniosek jednak sie nasuwa: jestesmy w mniejszosci z takim podejsciem do QOTSA. jesli chodzi o sam Firlej to wygladalo to w miare przyzwoicie, ale gdyby zaprosic wszystkich tych ludzi do Stodoly (czyli tam gdzie graly Krolowe 5 lat temu) to moznaby mowic o klapie frekwencyjnej. coz, pozostaje pocieszac sie tym, ze gdyby mowa byla o koncercie reaktywowanego Kyussa sprawy przedstawialyby sie zupelnie inaczej.

supportu nie bylo. nie wiem czy w ogole takowy jest uwzgledniany na trasie Garcii, jednak w niedziele polegly takowy z kretesem jesli chodzi o ogladalnosc. dlatego wpadnieto na jedyny sluszny pomysl – koncert odbyl sie dopiero po meczu finalowym Mundialu. obejrzelismy go sobie zatem na spokojnie w Firleju, gdzie byl pokazywany na telebimach zarowno w sali pubowej, jak i koncertowej. o samym meczu napisze jutro, podsumowujac jednoczesnie caly Mundial. teraz wspomne zas o ciekawostce, jaka byla dla mnie miazdzaca wrecz przewaga kibicow Oranje. wprawdzie nie chce kwestionowac stopnia zaawansowania zajawki futbolem u zgromadzonych, jednak tlumacze to sobie tez dwoma aspektami. aspekt pierwszy – kibicowanie nie samej reprezentacji, co Holandii jako takiej – Holandii slicznej, ale tez Holandii o unikalnym podejsciu do tematu narkotykow, ktore to przeciez tak zapewne mile sluza coponiektorym w odbiorze „upalonej” muzyki kyussa. aspekt drugi – muzycy towarzyszacy Garcii na tej trasie to mieszanina holendersko-belgijska. choc ktos moglby powiedziec, ze byly wokalista Kyussa jako meksykanin mogl byc za jezykowo bliska mu Hiszpania. ale to jakies takie naciagane, don’t ya think so?

anyway, pomimo iz mecz sie przedluzyl o dogrywke, to koncert rozpoczal sie tak jak zapowiadano, czyli chwile po 23.00. na koncert kolej, sprzet ustawiony juz jest na stole. instrumentalny wstep po dluzszej chwili przechodzi transformacje w doskonale nam znane gitarowe dzwieki wprowadzajace w zapiski z jednej z najwspanialszych muzycznych podrozy zarejestrowanych na plycie. o „Blues For The Red Sun” oczywiscie mowa, a numer to „Thumb”. przyznam ze lepszego otwarcia koncertu nie moglbym sobie wyobrazic. chyba tylko „Hurricane” moglby z nim konkurowac. „Hurricane”, ktory polecial zaraz po „Thumb”. a potem jeszcze na dobitke kolejny szlagier z „…And The Circus Leaves Town”, „One Inch Man”. no ja nie mam pytan, wysoki sadzie. momentalnie przestalem zalowac, ze koniec koncow nie skorzystalem z mozliwosci ingerencji w setliste koncertu za posrednictwem netu – okazalo sie ze polscy fani Kyussa znaja sie na rzeczy.

opisywania kazdego odegranego numeru po kolei nie ma sensu. plyt Kyussa slucham calosciowo, bez babrania sie w skipowanie, rozdzielanie piosenek itp, i do samego koncertu mozna bylo miec dokladnie takie samo podejscie. mozemy z formalnego punktu wymienic: „Spaceship Landing”, „El Rodeo” (rodeoooooooooooo!), „Green Machine” (to juz na koniec koncertu”, „Gardenia”, „Supa Scoopa & Mighty Scoop”, „Asteroid”, „Freedom Run”… wnioski? malo chwil wytchnienia, zwlaszcza tych ktore oferuje „…And The Circus…” – jak chociazby „Catamaran” (ok, to cover, ale jednak juz silnie kojarzony z Kyussem, wiec…) czy „Phototropic”. pewnie, moglbym powiedziec ze zabraklo paru moich ukochanych utworow jak te wymienione czy „Size Queen”, „Thong Song” (jego brak akurat dziwi – to hicior przeciez takze) czy „50 milion year trip (downside up)”, ale generalnie przy absolutnie kazdej setliscie moglbym cos takiego powiedziec, a koncert przeciez ma swe ograniczone ramy czasowe (i tak bylo niezle pod tym wzgledem, poltorej godziny zlecialo jak z bicza strzelil, a to przeciez przyzwoity wynik). dwa – brak czegokolwiek z debiutanckiego „Wretch”. po raz kolejny sie okazalo, ze jest to plyta traktowana po macoszemu przez wszystkich. szkoda, bo jestem w stanie postawic ja nawet wyzej od oslawionej „Welcome To Sky Valley”. a skoro o „Sky Valley” mowa – dosc zaskoczyl mnie „Demon Cleaner” zagrany jeszcze w pierwszej polowie koncertu. Kyuss to nie jest hiciorowy zespol (przynajmniej w powszechnym tego slowa znaczeniu), jednak jesli juz takowy by wskazac, to wybor musialby pasc na „Demona” wlasnie. nah, co zreszta bede sciemnial – to dla mnie najwybitniejszy kawalek tego zespolu, a takze w historii muzykii, idealnie ujmujacy geniusz tej kapeli. i choc przed koncertem mialem podejscie don typu „uslyszec Demon Cleaner i umrzec”, to o dziwo nie umarlem po jego uslyszeniu w Firleju. ba, nawet nie mialem podejscia ze koncert moglby sie skonczyc, misja spelniona itp. czyli ten koncert byl naprawde dobry. zamykajac zas watek niespodzianek – za takowa tez trza uznac „Pilot The Dune” na samiuski koniec koncertu. fakt, dalo sie slyszec ze na dotychczasowych gigach z trasy Garcia lubi sypnac repertuarowymi niespodziankami. i predzej mozna byloby sie spodziewac czegos z repertuaru Slo Burn wlasnie, Unidy czy Hermano niz QOTSA. ale akurat „Pilot” sie okazal idealnym strzalem, bo to byl swego czasu przepotezny hicior dla wtajemniczonych na imprezach w Orbitalu. moze Garcia zrobil przed koncertem w PL maly research?

tym sposobem plynnie przejdzmy do kwestii personalnych i okolic. brzmienie – miazga kontrolowana. spora w tym zasluga samych piosenek, a i ciezko oceniac bez kontekstu w postaci innych znanych mi koncertow Firleju, jednak mozna zaryzykowac stwierdzenie, ze akustycy wroclawskiego klubu powitali legende stoner rocka godnie. choc wiadomo ze i akustyk dupa, jak muzycy grac nie potrafia. tu oczywiscie takiego problemu nie bylo. pewnie, zawsze moznaby uznac ze z oryginalnymi muzykami Kyussa byloby z zalozenia Lepiej. da sie to zrozumiec – nie ta klasa (choc z Garcia graja przeciez muzycy nie tak anonimowego przeciez zespolu Kong), nie ten stosunek emocjonalny do utworow, nie ta chemia wypracowywana przez lata wspolnego grania. ale naprawde ta trojka muzykow dawala rade. w aspekcie wizualnym najbardziej wyroznial sie basista – raz, ze chlopak rzucal sie jak opetany i robil pozy jak z zurnala (ah ta archetypiczna fajka w gebie), dwa ze dosc mocno przypominal mi mlodego Homme’a circa „Blues For The Red Sun”. a sam John Garcia? krotko: bez zarzutu. wokalnie czas sie go nie ima (przynajmniej pod wzgledem jakosciowym – w starych nagraniach jego glos brzmial momentami eterycznie, wokal Garcii AD 2010 to przede wszystkim zadzior i energia; widac to najlepiej we wspomnianym „Demon Cleanerze”). kontakt z publika jak dla mnie optymalny. nawet jesli nie bylo tekstow typu „to najlepszy koncert na trasie” (hint: QOTSA w Stodole ’05), to na zawiedzionego nie wygladal. co najwyzej lekko zmeczonego – granie o 23 to nie jest super sprawa, a i moze wczesniej opijali zdrowie Robbena i Sneijdera… co najbardziej sie zmienilo to wyglad Garcia: postawny sie chlopiec zrobil, troszke nawet grubawy. ale komponuje sie to dobrze ze zmianami w wokalu, o ktorych wczesniej pisalismy. zreszta, nad czym sie tu rozwodzimy – koles konczy w tym roku czterdziestke, trudno by wygladal caly czas jak romantyczny chlopaczek z promocyjnych fot Kyussa sprzed 15 lat.

i tylko jedna rysa na tym pieknym obrazku nie daje spokoju. choc nie dotyczy ona samego koncertu. jesli brac pod uwage okolicznosci koncertu – ostatni wystep na trasie, nie za wielki klub z nie za wielka publika (zwlaszcza ta ktora zostala jeszcze dlugo po koncercie), bez spiny gwiazdorskiej – to mozna bylo liczyc na chocby autografa (coz, akurat w kontekscie kapel takich jak Kyuss pozwalam sobie na totalnie psychofansko-gimnazjalne zachowanie). nie mowiac juz o fotce. zwlaszcza jak czeka sie pod klubem pare godzin, widzac ze autokar zespolu jeszcze nie odjechal. tymczasem gdy tylko Garcia wyszedl z klubu (z reczniczkiem uwiazanym wokol szyi niczym hrabia jakis hehe) to zawinal do autokaru i tyle zesmy go widzieli. nic nie pomogly blagalne nawolywania. troche zal… zwlaszcza jak sie pomysli, ze typ przechodzil tuz obok mnie, ja z wrazenia nie wiedzialem co powiedziec i nawet nie ruszylem reka by wykorzystac sytuacje. wiem, zwierzenia nastoletniego fana muzyki, ale coz zrobic – kyussem sie jaram jak dziecko.

slowem podsumowania. po koncercie ogarnal mnie totalny smut przez chwile. zdalem sobie sprawe ze taki koncert sie juz nie powtorzy. nie moze sie powtorzyc. na reaktywacje Kyussa nie ma co liczyc – dla wiekszosci spoleczenstwa Josh Homme to ten od QOTSA, a i sam zainteresowany przypuszczalnie ani mysli porzucac zespol, ktorego jest absolutnym liderem. zatem skoro nie Homme, to kto mialby inny odegrac TE piosenki ponownie na zywo, jak nie drugi motor napedowy tworcow stoner rocka? dlatego porownanie Garcii wystepujacego w Firleju do Mickey „Zapasnika” Rourke’a, choc barwne, nie do konca jest sprawiedliwe. no chyba ze Garcia zrobi z odgrywania numerow Kyussa chleb codzienny. ale przypuszczam ze chlopak wroci do swoich Hermanow, moze wreszcie nagra w pelni solowy krazek i zapomnimy o sprawie. bo sprawa reaktywacji Kyussa wciaz pozostaje przegrana, dopoki pada najbardziej przekonujacy argument za ponownym zejsciem. bo co po milionach dolarow za reaktywacje, skoro Homme juz te miliony zarabia z QOTSA? chociaz… moze w tym klucz? The Police tez nie MUSIALO sie schodzic, panowie po prostu bez jakiegokolwiek cisnienia zno staneli razem na scenie. moze wiec kiedys, choc na jedna trase…. ehhhhhh….

(btw nie zwracajcie absolutnie uwagi na ocene – ona jest tu juz z przyzwyczajenia, a koncert oceniam skrajnie subiektywnie. zrozumcie, KYUSS)

 

najlepszy moment: DEMON CLEANER

ocena: 8,5/10

Leave a Reply