Slayer – Show No Mercy
rok wydania: 1983 (reedycja: 1993)
wydawca: Metal Blade
coz, w zyciu kazdego bloggera muzycznego nadchodzi taki czas, ze chocby nie wiadomo jak mial wyrafinowany gust, chocby nie wiadomo jak bardzo poszerzal horyzont itp itd… musi w koncu wkroczyc w kraine Metalu. zajmijmy sie zatem w ten piekny, niedzielny dzien Metalem. a skoro Metal, to juz niech bedzie ten najszlachetniejszy. SLAYYYYYEEEEER KUUUUUURRRRRWAAAAAAA!!!!
wiecie co mnie najbardziej wkurwilo w warszawskim Sonisphere Festival, o ktorym czytalem/slyszalem od znajomych? to, ze event byl szumnie zapowiadany jako unikalny koncert „Wielkiej Thrashowej Czworki” (w zagranicznych edycjach festiwalu bralo udzial znacznie wiecej kapel, u nas ograniczono sie do „esensji”), a i tak skonczylo sie koncertem Metalliki + 3 slynne supporty (4, jesli liczyc Behemotha). oczywiscie da sie to zrozumiec – w komercyjnym kontekscie Metallike od pozostalych zespolow z lineupu dzieli przepasc. ale jesli chodzi o wartosc artystyczna… oczywiscie sa gusta i gusciki, ale popatrzcie na suche fakty: najbardziej inspirujaca kapela z tej czworki? Slayer spokojnie dorownuje Mecie, jesli ja nie przebija, biorac pod uwage to, ze niemal caly death metal powoluje sie na Slayera. kapela, ktora nigdy nie zaliczyla artystycznej wtopy, nie zblaznila sie, trzyma w miare wyrownany poziom? tylko Slayer. ktora z tych kapel cieszy sie uniwersalnym powazaniem, nawet wsrod osob na codzien dissujacych metal? tez jednak tylko Slayer.
i naprawde, nawet jesli jako priorytet w percepcji muzyki stawia sie Melodie, to trudno nie docenic tego co robia panowie Araya, King, Hanneman i Lombardo. NIE MA drugiej takiej kapeli, ktora (od tylu lat!) produkuje Muzyke z takim poziomiem wscieklosci i energii. i tu trzeba od razu zaznaczyc – tu nie chodzo o podkrecenie wzmaczniaczy, growl, perkusyjne napierdalansko. to potrafi byle jelop, jakich na metalowej scenie mnostwo. tworzenie tak wkurwionej muzyki wymaga Inteligencji. a co tam – piekielnej inteligencji.
w powyzszym kontekscie zdania sa podzielone co do debiutu Slayera. ja akurat uwazam ze juz na „SNM” slychac ze obcujemy moze nie z geniuszami od razu, ale z czterema tykajacymi bombami, u ktorych juz za chwile nastapi eksplozja talentu. brakuje tylko kogos, kto odpowiednio to wyprodukuje (Rick Rubin) i rozpromuje (Sony). na razie chlopaczki sa pod piecza niezaleznego Metal Blade, ktory kazal im sfinansowac debiut z wlasnych kieszeni, przez co King i spolka musieli sami krecic producenckimi galkami. i slychac niestety, ze mieli wtedy niewielkie o tym pojecie. moze nie jest to poziom demowki, ale do pozniejszych produkcji az glupio porownywac.
a takie numery jak „Black Magic” czy „Crionics” az prosza o brzmienie, ktore dopelniloby dziela zniszczenia. bo wlasnie w nich zespol zbliza sie nabardziej poziomem do tego, co zaprezentuja na „Reign In Blood” czy „South Of Heaven”. zwlaszcza panowie instrumentalisci, czyli gitarowy duet King i Hanneman, no i ojciec metalowego bebnienia, Dave Lombardo. z drugiej strony – juz utwory typu „Metal Storm / Face The Slayer” sygnalizuja, ze po tej kapeli mozna bedzie spodziewac sie nie tylko dwuminutowych strzalow w pysk, ale i klimatycznych, epickich wrecz kolosow spod znaku „Seasons In The Abyss”.
chyba najbardziej w odbiorze „Show No Mercy” przeszkadza… Tom Araya. a konkretnie jego wiesniackie, wysokie zaspiewy. ja wiem, to nieodzowny element thrash metalu, ktorego na tej plycie Slayer byl jeszcze sztandarowym reprezentantem (bo pozniej Slayer juz gral we wlasnej lidze). ale zwazywszy na to, ze takze i Tomek stworzyl swoj unikalny styl spiewania (?), troche to pianie przeszkadza. choc z drugiej strony – mozna uznawac to za dowod na to, ze styl Slayera nie wzial sie znikad. i taki Judas Priest takze moze przypisywac sobie jego ojcostwo.
„Nie okazuj litosci”. trudno o bardziej adekwatny tytul. rzeczywiscie Slayer juz od poczatku tej blisko 30letniej wojny nie bral jencow. wiem, powieje banalem, ale jestem absolutnie pewien, ze gdyby szatan sluchal muzyki, Slayer bylby jeg ulubionym zespolem.
najlepszy moment: CRIONICS
ocena: 7,5/10