Marek Grechuta – Śpiewające Obrazy
rok wydania: 1981 (reedycja: 2001)
wydawca: Pomaton
zmieniamy klimat. i to baaaaardzo.
bo czy ktokolwiek widzial, ktokolwiek zna Muzyke spokojniejsza, nastrojowa niz ta ktora tworzyl swietej pamieci Marek Grechuta? spora liczba epitetow moznaby opisac tworczosc Grechuty, ale szczerze watpie by znalazl sie wsrod nich „agresywny”, „wsciekly”, „brutalny”. no, nie dogadalby sie pan Marek ze Slayerem.
choc na pewno znalazloby sie paru takich wykonawcow zza granicy, ktorzy by z chluba polskiej kultury znalezli wspolny jezyk. ba, moze jakims szalonym ficzuringiem by sie takie spotkanie skonczylo. jestem spokojnie w stanie sobie wyobrazic taki „Bird On The Wire” featuring Marek Grechuta. bo jesli taki Kaczmarski tu i owdzie jest tagowany jako „polski Dylan”, to Grechuta ma sie tak do polskiej muzyki, jak Leonard Cohen do kultury swiatowej. czyli tekst bedacy najprawdziwsza z prawdziwych poezja i podloze muzyczne – czasem bardziej, czasem mniej istotne. najczesciej jednak optymalne, czyli tak by z jednej strony uniemozliwic kielkowanie jakichkolwiek hookow, a z drugiej strony by mozna bylo mowic wciaz o Muzyce.
oczywiscie tak „polski Dylan”, jak i „polski Cohen” to okreslenia cokolwiek przegiete. przede wszystkim Grechuta byl zbyt duza Osobowoscia, by szkalac jego imie porownywaniem go do kogokolwiek, chyba ze na zasadzie jakichkolwiek punktow odniesienia dla kogos, kto np zaczal sluchac muzyki wczoraj. secundo – no jednak Cohen i Grechuta to zadne tam mentalne blizniaki. Kanadyjczyk to rockandrollowiec w skorze dzentelmena-pisarza, buddysta-jebaka, ktory przez pare dekad dzialalnosci wypracowal sobie miejsce w Poczecie Freakow Muzycznych. nasz piesniarz z kolei, choc kolaboracjami z Anawa i WIEM przysluzyl sie ksztaltowaniu sie sceny rockowej w PL, to z gatunkiem tym w sensie mentalnym nie ma absolutnie nic wspolnego. artysta z glowa w chmurach, zwiazany ponad 30 lat z ta sama kobieta, ktory zadawal sie z Piwnica Pod Baranami bynajmniej nie po to, by miec z kim zalac pale.
rozni sie takze stosunek do dyskografii tych artystow przez tzw masowa swiadomosc muzyczna. choc akurat wynika to niekoniecznie z kwestii stricte muzycznych, a bardziej ze specyfiki polskiej kultury. mowiac prosciej – kazdy kto chocby kojarzy Cohena musi znac takie tytuly „Songs Of Leonard Cohen” czy „Songs Of Love And Hate”. chocby z obowiazku – mowimy o Kanonie Muzycznym. u nas, gdzie o normalnej fonografii mozna mowic dopiero od niecalych 30 lat, Marek Grechuta jest kojarzony przede wszystkim z pojedynczych kompozycji (przez wiekszosc spoleczenstwa aka *przebojow*), a moze nawet i z samego „Dni, Ktorych Nie Znamy”. zreszta, kazdy kto mial stycznosc z polskimi mediami pod koniec 2006 roku wie o czym mowie. ale sprobujcie rzucic wszystkim tym, ktorzy lamentowali w tym czasie za pomoca opisow gadu gadu, hasla typu „Droga za widnokres” czy „Magie Oblokow”. moglibyscie dojsc do smutnych wnioskow.
ze „Spiewajacymi Obrazami” pewnie byloby jeszcze gorzej. choc gwoli sprawiedliwosci trza przyznac, ze malo kto wlicza ten album do najwiekszych dokonan Grechuty. co nie znaczy, ze znac nie trzeba. trzeba, choc trzeba tez sie przygotowac na nienajlatwiejsza przeprawe. o wspomnianych przebojach nawet nie ma co mowic, ale nawet trudno bedzie o jakies melodyjniejsze punkty zaczepienia. no, przynajmniej nie po pierwszych przesluchaniach. niewiele pomaga fakt, ze Grechute tu wspomagaja (gdzieniegdzie nawet wyreczaja) dwie wokalistki. a wlasciwie to aktorki, Dorota Pomykala i Urszula Kiebziak. summa sumarum powstala plyta, ktora choc miala przetransferowac slynne dziela sztuki artystow pokroju Da Vinciego czy Picasso do swiata muzyki, to jednak ma najmniej wspolnego z ta dziedzina Sztuki.
inna sprawa, ze spojnosci calosci nie pomaga fakt, ze druga polowa plyty to muzyka w glownej mierze ilustracyjna do teatralnej wersji „Otello”. paradoksalnie to wlasnie ta czesc plyty wypada tu najlepiej, tak pod wzgledem aranzacji jak i chwytliwosci. w szczegolnosci przepiekny temat „Ostatnia Piesn Desdemony”. przede wszystkim te 20 minut to najlepszy chyba dowod, ze Grechute mozna nie tylko rozpatrywac w kategoriach poety, ale takze genialnego kompozytora.
tyle jesli chodzi o oryginalne wydanie z ’81. bo reedycja to kolejne 40 minut muzyki. a ze nie jest to wybitny material, to tym wiekszie prawdopodobienstwo, ze malo ktory nie-fan Grechuty przelknie bez popitki te 76 minut. no ale zobacmzy co tu mamy… alternatywne wersje m.in. „Piruetu na polnej drodze”, „Szarego golebia na ramieniu” i „Innej Kuchni, Innej Mody” (zadne tam diametralne roznice). cztery kolejne utwory z konceptu „udzwiekowienie obrazow” (niezly „Kobieta Niesie Chleb”). dwa kolejne instrumentale filmowe. nagrania koncertowe, gdzie Grechuta wykonuje kompozycje Moniuszki w troche jednak malo natchnionej, a zbyt meczaco zartobliwej interpretacji. no i mega rarytas – nagranie z festiwalu w Opolu ’77, gdzie Grechuta coveruje „Do lezki lezka” wespol z jego autorka, Maryla Rodowicz… i z Jonaszem Kofta na ficzuringu. zdecydowanie najfajniejszy moment tych dodatkow.
dla wielbicieli zapewne uczta, dla mnie troche za duzo jednak tego dobrego na tej plycie.
najlepszy moment: OSTATNIA PIEŚŃ DESDEMONY
ocena: 7,5/10