Drive XV: A Tribute To Automatic For The People
rok wydania: 2007
wydawca: Stereogum
ja naprawde przepraszam za obsuwe w dostarczaniu nowych porcji smazonych przeze mnie bzdur. ale Bog mi swiadkiem, ze ten wpis powstawal jeszcze we wtorek. i tak pisalem go sobie, pisalem, az wtem… coz, grypa zoladkowa to chorba atakujaca nagle i co za tym idzie takze po diable. lubie nowe doswiadczenia, a tego typu grypy nie mialem, niemniej dosc przegieta i przykra sytuacji, ktorej jednak moglo nie byc. dosc powiedziec, ze naprawde dopiero dzis w miare sie ogarnalem.
szacun nalezy sie natomiast serwerowni blox.pl za funkcje „odzyskaj tresc ostatnio tworzonego wpisu”. i tak oto moge Wam wkleic to, co kleilem we wtorek, nieswiadomy nadchodzacej tragedii…:
„no i znow cos Wam ofiaruje za darmo.
a wlasciwie to robi to portal Stereogum. czyli taki amerykanski Porcys, kotry to z kolei jest polskim Pitchforkiem. a juz na powaznie – to wlasnie Stereogum byl prototypem internetowych blogow, robiacych szum wokol tego, co w Muzyce dobre i swieze i windujacych na wyzszy level popularnosci artystow, ktorzy bez tego typu oddolnej pomocy wciaz doslownie graliby w garazach i wydawaliby EPki dla znajomych i znajomych znajomych.
Stereogum wslawil sie jeszcze tym, ze co jakis czas za zupelna darmoche umieszcza na swych stronach album, bedacy tributem dla jakiegos historycznego albumu (oczywiscie gatunkowo lezacego w interesujacych redaktorow Stereogum rejonach). idea jest prosta: sciagamy do studia zespoly, ktore sporo Stereogumowi zawdzieczaja, wybieraja po jednym utworze z „tributowanego” albumu nie zapominajac jednoczesnie, by kolejnosc przerobek zgadzala sie z ta znana z albumu oryginalnego.
w 2007 roku, w zwiazku z 15 rocznica premiery rynkowej, na warsztat wzieto „Automatic For The People”. o samym albumie R.E.M.’u pisalismy calkiem niedawno, rowniez o jego znaczeniu historycznym, wiec…”
<tu nastapila wspomniana tragedia z 4 tuzinami aktow rozgrwajacych sie w toalecie, wiec dalsza czesc to swiezy wpis z chwili obecnej>
… wiec przejdzmy do meritum. jak mozna bylo sie spodziewac tak po profilu wydawcy, jak i charakterystyce zespolu przerabianego, na „Drive XV” rzadzi Indie. zmienia sie tylko drugi czlon terminu: raz jest to indie rock, innym razem do glosu dochodzi bardziej wyeksponowana melodia i wymuskana aranzacja i wtedy mamy do czynienia z indie popem. i mowimy tu o INDIE, nie „indie”. ci ktorzy czuja roznice miedzy nirvana a puddle of mudd badz wie, ktora z nazw w zbiorze „the smiths-belle and sebastian-empire of the sun-caribou” nie pasuje do pozostalych, ten skuma o co chodzi. oczywisice w kontekscie samych oryginalnych kompozycji mozna gdzieniegdzie poczuc sie zaskoczonym – tacy Dr. Dog zrobili z „Find The River” rzecz na tyle stylowa, ze nie powstydziliby sie takiego brzmienia co bardziej psychodelizujace kapele konca lat 60tych, Pink Floyd jakis nawet. zreszta „Find The River” ma szczescie tutaj do nietypowych interpretacji – drugi tu zawarty wykon tego kawalka, made by Blanche, to juz chyba nie folk, a jakis bluegrass czy country nawet. w zdecydowanej mniejszosci, ale jednak sa tez i takie fragmenty, w ktorych zaskakujaca interpretacja przynosci zaskakujaca roznice jakosciowa. niestety, in minus. fajnie, ze Rogue Wave dokonali totalnego demontazu „The Sidewinter sleeps tonight”, wyzbywajac go przede wszystkim elementu „glupkowatosci”. szkoda jednak, ze nie oferuja totalnie nic w zamian. przewaza rozczarowanie tez w odbiorze interpretacji „Everybody Hurts” popelnionej przez Meat Puppets – az taka dawka luzactwa temu numerowi nie przystoi… o wiele lepiej wypadaja wersje „EH” umieszczone w bonusach (az 4), szczegolnie ta popelniona przez Amande Palmer w duecie z Cormaciem Bride’m. swoja droga troche dziwna sytuacja – oficjalny program plyty mowi o 12 kawalkach, podczas gdy ilosc bonusow wynosi drugie tyle. i ok, da sie to zrozumiec – chodzilo o zachowanie wspomnianego we wstepie porzadku „w duchu oryginalu”, ale i tak specyficznie to wyglada. nie mowiac juz o tym, ze czasem bonusowe interpretacje przewyzszaja te „podstawowe”.
w sumie szkoda ze to wydawnictwo nie namieszalo na rynku bardziej „oficjalnie”. zwlaszcza ze ma komercyjny potencjal ku temu – najciekawsze momenty to przerobki singli, czyli „Man On The Moon”, ktorego Shout Out Louds zabieraja na karaibska impreze, oraz jeszcze bardziej zdolowany od oryginalu „Drive” w wykonaniu The Veils (jesli to prawda, ze Kurt Cobain przy popelnianiu samoboja sluchal „Automatic…”, to ostatni odsluch „Drive XV” zakonczylby juz na ow pierwszym kawalku). moze i pod wzgledem artystycznym szalu nie ma, ale ten skladak na wiecej niz bycie gratka dla czytelnikow-nerdow.
najlepszy moment: THE VEILS – DRIVE
ocena: 7,5/10