The Smashing Pumpkins – Machina II/The Friends & Enemies Of Modern Music
rok wydania: 2000
wydawca: DIY
elou. dzis pomowimy o historycznym wydawnictwie, ktorego nikt nie zna.
pamietacie zajecia ze Smashing Pumpkins? omawialismy wtedy konkretnie ostatni ich krazek przed reunionem-ktory-najlepiej-gdyby-nigdy-nie-mial miejsca. „Machina” sie zwal. sredniackie wydawnictwo, choc nie az tak, jak widza to niektorzy. byc moze inaczej by to wygladalo – choc nie jest powiedziane ze lepiej – gdyby dano Corganowi zielone swiatlo dla wszystkich jego pomyslow. a fakt jest taki, ze Dynie nastukaly wtedy tyle piosenek, ze lysolowi zaswiecila sie zarowka, iz wiekszy fun bedzie, jesli „Machina” nie tylko bedzie albumem koncepcyjnym, ale i dwuplytowym. skoro z „Mellon Collie” udalo sie pomimo ogromu materialu zawojowac komercyjny swiat, to czemu ma nie wypalic to po raz drugi? wytwornia rozczarowana sprzedaza „Adore” powiedziala jednak Nie. i z ichniejszego, biznesowego punktu widzenia byla to dobra decyzja – „Machina” wypadala na listach sprzedazy jeszcze gorzej niz poprzedniczka. Corgan nie dal jednak za wygrana – postanowil z Virgin’em pojsc na uklad, by kazdemu nabywcy „Machiny” umozliwisc sciagnieicie ow dodatkowego materialu za darmo z netu. kiedy wytwornia i na to nie przystala, zdesperowany Billy wrzucil stuff na 25 plyt winylowych, rozeslal po znajomych i kazal im muzyke tam zawarta zripowac i wrzucic na net.
i w sumie te desperacje Corgana tez mozna zrozumiec, z prostej przyczyny – to naprawde dobry material. smiem nawet powiedziec, ze calosciowo lepszy od „oficjalnej” „Machiny”, a na pewno pozbawiony stricte dennych momentow, ktore tam sie przytrafily w paru momentach. zadaje tez ten material klam twierdzeniu, ze juz na wysokosci „Machiny” mozna bylo mowic o poczatku konca Corgana-genialnego kompozytora. pewnie, nie jest to poziom „Siamese Dream”, ale na pewno blizszy jemu niz szlamowi, jakim plynie kompozytorska wena Corgana w nowym wieku.
trzeba jednak przy propsowaniu „Machiny 2” przyjac dwa zalozenia. pierwsze: przymykamy oko na bardziej-niz-demowkowe, beznadziejne brzmienie albumu. drugie: skupiamy sie glownie na drugiej plycie (zreszta sam Corgan wprowadzil wyrazny podzial, nazywajac CD1 stricte b-side’owym materialem).
niemniej omowmy oba i zacznijmy wlasnie od cedeka (a w pierwotnej formie – trzech „siodemek”) pierwszego. tu rzadzi szkic i garaz. nawet jesli numeru maja „normalna”, ponad 3minutowa dlugosc, a za produkcje oficjalnie odpowiada nasz stary znajomy, pan Flood. nie maja takze panowie (i pewnie pani Wretzky, choc akurat co do skladu instrumentalistow pewnosci nie ma) listosci dla swietej pamieci Jamesa Browna, maltretujac jego klasyk „Soul Power”. najciekawsze fragmenty? omowimy je przy CD2, gdzie slusznie doznaly one porzadniejszego szlifu. warto tez zwrocic uwage na te fragmenty, ktore znamy z Machiny Pierwszej. wprawdzie „Heavy Metal Machine” pozbawiony studyjnej obrobki meczy, tak juz ascetyczniej brzmiacy „Try Try Try” (tu jako „Try”) brzmi cudnie, o wiele lepiej niz w ostatecznej formie.
teraz CD2. tu tez mozna pokusic sie o ogolniejsze spostrzezenia. np na taki temat: co by bylo, gdyby „Machina” jednak stala sie dwuplytowcem, z uwzglednionym tu omawianym materialem? na pewno to, ze bysmy nie zapomnieli, ze Corgan jak malo kto potrafil inspiracje nawet najbardziej wiesniackim hardrockiem przekuc w cos szczerze zajebistego, czasem i pieknego. wezmy poczatek „Machiny 2”, pierwsze utwory – to jest, moje drogie dzieci, CZAD JAK SIE PATRZY. szczegolnie „Cash Car Star” do juz kapitalnie polamanego loopu perkusyjnego (eh, Chamberlin…) Corgan doklada tak zajebisty, przesterowany riff, ze trudno sie dziwic, ze pisma branzowe prosza go o eksperckie wypowiedzi w heavy metalowych kwestiach. i tylko jedna rzecz przeszkadza – o co chodzi z tym beznadziejnym przerwaniem kawalka po 2,5 minuty? pozniej zreszta tez odzywa sie metalowy fetysz Corgana, czasem w naprawde karkolomnej postaci – juz sam tytul „White Spidera” wiele mowi, choc ten grrrrozny automat to summa sumarum nawet ciekawie brzmi.
tyle ze hard rock u Dyn zawsze bylo tylko fragmentem calkiem urozmaiconego oblicza i tak jest tym razem. wciaz slychac fascynacje „Lovelessem” i tamtejszym sposobem zenienia melodii z halasem („Real Love”). sporo tu tez fragmentow, dzieki ktorym nikt nie mogl poczuc sie zaskoczony kolaboracja Corgana z Robertem „The Cure” Smithem na solowej plycie tego pierwszego. w szczegolnosci „In My Body” – najkompletniejszy utwor tak pod wzgledem brzmienia, jak i konstrukcji. a przy tym stanowiacy swietny dowod na to, ze piosenka nawet nie musi miec specjalnie charakterystycznej melodii, by ujmowac bez reszty. dla dopelnienia calosci obrazu – trafil tu tez „Machinowy” „Blue Skies Bring Tears” w skrajnie innej, zywszej wersji. nawet nie trzeba dodawac, ze lepszej – w koncu mowimy o jednym z najnudniejszych kawalkow ostatnich 10 lat. a jesli kogos nie przekonuje specyficzny wokal Corgana (to po jaka cholere siega po wydawnictwo SP???), takze i tutaj znajdzie obowiazkowy fragment z Jamesem Iha na glownym wokalu w postaci „Go”.
dajemy „osemke”? a co, dajemy.
najlepszy moment: IN MY BODY
ocena: 8/10