David Lynch – Room To Dream
autor: David Lynch, Kristine McKenna
To nie będzie prosta do napisania recenzja. Wszak mowa o autobiografii, czyli formie z definicji skrajnie osobistej, absolutnie ulubionego przeze mnie Artysty. Więc aby jakoś to zacząć, tu też zacznę od refleksji osobistej.
Zaczęło się oczywiście od „Twin Peaks” – chociaż faktycznie pierwszym dziełem Lyncha jakie obejrzałem była „Diuna”, którą do dzisiaj naprawdę lubię, chociaż wtedy jeszcze nie wnikałem kto reżyserował. O moim stosunku do serialu nie będę pisał po raz n-ty, bo (ponownie) wyjdę na psychola. Ale tak, był to przyczynek do tego by sięgnąć po inne filmy tego reżysera. No i cóż, wsiąkłem totalnie. Nie oznacza to, że oglądam każde dzieło z pozycji kolan – wciąż nie mogę się przemóc by ponownie obejrzeć „Inland Empire”, a i inne filmy czuję mniej lub bardziej. Całościowo ta filmografia stanowi świat, który mnie fascynuję, w którym chcę przebywać. Bo chyba każdy się zgodzi, że kreowana przez Lyncha atmosfera filmów jest unikalna, nawet jeśli nie każdego ona przekonuje. Świat, którego, najkrócej rzecz ujmując, kluczem do zrozumienia jest to, że nie należy starać się go zrozumieć. Że ich logika jest logiką świata snów, nie tego którego widzimy z otwartymi oczami. Gdzie ci, dla których fundamentem jest ciąg przyczynowo-skutkowy, nie mają czego tu szukać. I ja taki koncept na Sztukę kupuje całkowicie. Dlatego też do filmów dołączyło zainteresowanie dziełami z innych dziedzin, na których Lynch, jak przystało na ostatniego człowieka renesansu, się realizuje – muzyka, malarstwo, krótkie formaty filmowe.
W pewnym momencie ta „znajomość” z Lynchem wlazła jeszcze wyżej – człowiek ten sam w sobie stał się dla mnie inspiracją. Z tym jego podejściem do świata, jego celebracją – zarazem bez jakiejkolwiek krzty hedonizmu – i autentyczną fascynacją niemalże wszystkim, każdym kształtem i fakturą. Wciąż oglądając wywiady czy dokumenty trudno mi oprzeć się wrażeniu, że to wszystko ma znamiona Zespołu Aspergera, jest w tym coś autystycznego. Ale jest to obraźliwe myślenie – ten człowiek tak po prostu ma. W jakimś stopniu ma to też zapewne źródło w Medytacji Transcedentalnej – i to też pojawiło się w moim życiu dzięki Lynchowi, chociaż w znacznie mniejszym stopniu. Daleko mi do poziomu pokoju ze światem, jaki osiągnął Lynch, chociaż wciąż dążę. Lynch też od razu tego Rzymu w swojej głowie nie zbudował.
I to wszystko jest w tej książce. Od samiutkich początków, czyli dzieciństwa, aż po… no właśnie – sam koniec? W dobie kiedy nastoletni celebryci piszą autobiografię, to że Lynch dopiero teraz takową stworzył jest ewenementem. Tyle że on nigdy nie był w celebryckim klubie, choć był moment kiedy za sprawą Twin Peaks rozpoznawał go cały świat. Tytuł dokumentu o Lynchu „The Art Life” w pełni oddaje istotę – to człowiek, który od kiedy zetknął się z malarstwem (która nigdy nie przestała być dla niego najważniejszą ze sztuk) pragnął poświęcić się w pełni tworzeniu sztuki. I tak też uczynił, wyjątek robiąc tylko dla życia rodzinnego i kręceniu filmów, które siłą rzeczy wymaga wyjścia do ludzi i współtworzeniu z nimi. Udręka dla dokumentalisty i biografa, a zarazem nuda. Ale jak wyjawili w jednym z wywiadów twórcy „The Art Life”, dostali radę by uzbroić się w cierpliwość, bo kiedyś w końcu Lynch zapragnie podsumować swoje życie. I wygląda na to, że ten moment, po przekroczeniu 70-tki nastąpił. Oczywiście nikt nie wyobraża sobie, by już nic miało nie wyjść spod palców Lyncha. Ale choćby patrząc na ostatni sezon Twin Peaks trudno nie dostrzec pewnych aspektów świadczących o swoistym zatoczeniu koła, postawieniu kropki nad i, przede wszystkim – dokończeniu niedokończonej rzeczy, która leżała podmiotowi przez tyle lat na sercu. Zupełnie jak w „Prostej Historii”. Tak, paradoks twórczości Lyncha polega na tym, że przy całym odrealnieniu jego filmów są one przeładowane doświadczeniami z własnego życia. I nie zdziwiłbym się, gdyby tworząc filmową historię Alvina Straighta godzącego się po latach z bratem nie miał z tyłu głowy własnych niepozałatwianych spraw z Twin Peaks.
Unikalność tematu głównego wymagała unikalnej formy. I taką też ma „Room To Dream”. Być może wynikała ona z konieczności – trudno oczekiwać od takiego twórcy jak Lynch, że przy autobiografii porzuci swoje artystyczne credo i zacznie wykładać rzeczy kawa na ławę. Nie aby miał ściemniać czy unikać tematu – po prostu może uznać, że pewne elementy z życia (a w praktyce całe połacie) są mało interesujące. Tu z odsieczą przyszła Kristine McKenna, wprawiona w bojach biografistka. Skrupulatnie spisała całe dzieje Lyncha, podpierając się przeprowadzonymi przez siebie na przestrzeni kilku lat rozmowami z kilkudziesięcioma osobami z otoczenia bohatera – żonami, rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami. W pełni obiektywnie, bez oceny własnej, i uczciwie – tyle samo miejsca poświęca osławionemu „Blue Velvet” jak i mniej „osławionej” „Diunie” (każdy film to osobny rozdział – plus osobne rozdziały na: dzieciństwo, pierwsze przymiarki filmowe, oryginalne sezony Twin Peaks, powrót Twin Peaks i muzyczno-artystyczna działalność po „Inland Empire”). Genialny w swej prostocie zabieg to kontrowanie rozdziałów McKenny wypowiedziami Lyncha – nierzadko odnoszący się do tego, co napisała McKenna i co powiedzieli jej jego bliscy. Dzięki temu dostajemy dwa różne, uzupełniające się spojrzenia na ten sam temat. Co więcej – ponieważ Lynch jako artysta niespecjalnie lubi trzymać się reguł, na potrzeby wersji audiobookowej zamiast trzymać się czytania wcześniej spisanych refleksji, tworzy zupełnie nowe!
Dlatego warto zaopatrzyć się zarówno w wersję książkową, jak i audiobook. Bo Lynch to, poza tym o czym w tej laurce już wspominałem, człowiek-anegdota, sypiący historyjkami jak z rękawa. A że jest jednocześnie prawdziwą człowiekiem-instytucją, dostajemy w pakiecie historię bardziej alternatywnej odmiany pop-kultury. Są tu wszyscy, jak indeks długi i szeroki. Michael Jackson. Steven Spielberg. David Bowie. Marlon Brando. Portishead. George Lucas. The Beatles. Bob Dylan. Nawet jebany wszędobylski Bono musiał się znaleźć. I wszyscy są jednomyślni – wszyscy kochają Lyncha, chcą z nim współpracować czy choćby przebywać w jego towarzystwie, nawet byłe żony. A Lynch odwzajemnia uczucie i do nich i do praktycznie wszystkiego. Jednymi z najczęściej padających słów w tej książce to „beautiful” i „fantastic”. To nie jest przypadek. Zresztą, o czym mówimy – ten facet kocha nawet Łódź, bo, co miłe, pojawia się także wątek „Łódź a sprawa polska”. Kto by pomyślał, że być może jedyny konflikt na planie filmowym, jaki kiedykolwiek miał Lynch, to z skądinąd jednym z moich naj aktorów, czyli Anthonym Hopkinsem (oczywiście wątek „Człowieka Słonia”). Ale i tutaj Lynch opowiada o tym w taki sposób, że nie zdziwiłbym się widząc ich na jakiejś gali filmowej padających sobie w ramiona.
Ktoś powie że to horreodalna PR-owa zagrywka, że laurka, słodzenie, że brak obiektywnego spojrzenia. Trudno stanowczo zaprzeczyć. Ale jeśli ktoś będzie chciał znaleźć rysy na tym wizerunku to moim zdaniem znajdzie je także w samej książce. Ja sam nie jestem przekonany, czy był najbardziej fair w prowadzeniu swojego życia uczuciowego, gdzie nierzadko grał „na dwa fronty”. Nie można wszystkiego tłumaczyć byciem artystą. Ale być może to też jest kluczowy przekaz, który wysyła ta książka – skupiajmy się na tym w co ludziach i świecie „beautiful” i „fantastic”, zamiast skupiać się na wadach, które zawsze występują. A mówiąc językiem Lyncha – patrzmy na donuta, nie na dziurkę w nim.
najlepszy moment: z cyklu „najlepsze filmu które nie powstały”: „Powrót Jedi” w reżyserii Lyncha
ocena: 10/10
