A Perfect Circle
kto: A Perfect Circle, Chelsea Wolfe
Wygląda na to, że zakończyliśmy Sezon Koncertowy 2018. Nie będę ukrywał – na ten finał czekałem najbardziej.
Do „Eat The Elephant”, pierwszego albumu APC od 14 lat, mam nadzieję się kiedyś ustosunkować na tym blogu. Wciąż go trawie, wciąż zyskuję, ale już teraz wiem że do poziomu dwóch pierwszych albumów nie doskoczy. Całkiem możliwe, że jest to też kwestia zmienionej przez te wszystkie lata percepcji muzyki, nie tylko tego zespołu, ale i muzyki jako takiej. Cóż – lata nastoletnie rządzą się swoimi prawami, choć nie ukrywam, że piekielne brakuje mi tamtego emocjonalnego przyswajania muzyki. Dlatego w wyczekiwaniu na ten pierwszy koncert ekipy Maynarda w Polsce, w ramach promocji wspomnianego „ETE”, towarzyszyła mi na równych prawach ekscytacja, ale i obawa, czy może raczej ciekawość – czy koncert ten da radę odtworzyć tamte licealne emocje, z czasów kiedy muzyka była czystą zajawką, a nie codzienną pracą.
Tych ciekawostek było zresztą jeszcze kilka – np. jak prezentuje się ta osławiona Tauron Arena. Jak się okazało – całkiem przyzwoicie, ze skojarzeniem biegnącym ku gdańskiej Ergo Arenie, chociaż wydaje się że z odrobinę większą pojemnością. Być może w kontekście tego wieczoru nawet za dużą – jeszcze przed samym koncertem bilety były spokojnie dostępne w kasach (o ile komuś się chciało w taką ZIMNICĘ wychodzić z domu i czekać w kolejce). I to było też widać w środku areny przy zapalonych światłach, jeszcze tuż przed występem gwiazdy wieczoru. Można psioczyć na Live Nation (bo jest za co), ale trzeba chyba przyznać, że lepiej potrafią oszacować popyt na koncert (i też ten popyt podkręcić) niż Metal Mind Productions. Inna sprawa to to, kim właściwie jest Fan A Perfect Circle. Patrząc na t-shirty zgromadzonych trudno nie oprzeć się wrażeniu, że fanbaza APC to pochodna fanbazy Toola. Ja osobiście nie znam chyba ani jednej osoby, która fanowałaby APC bez jednoczesnego bycia fanem Toola – a w odwrotną stronę już to niekoniecznie działa. Ale to już zmartwienie MMP, bo kiedy zgasły światła i zaczęła grać muzyka, niedostatki publiczności przestały być zarówno odczuwalne przez samą publikę i patrząc na reakcję zespołu, także przez nich samych.
Zanim jednak APC, kilka słów o supporcie. Wybranym z dość wysokiej półki, bo Chelsea Wolfe to zespół który może dawać (i daje) samodzielne koncerty w Polsce, choć na poziomie klubowym aniżeli arenowym. No i właśnie. Niby wszystko się zgadzało – mrok ze sceny, potężna (jak na support) ściana dźwięku, kompozycje. A jednak trudno mi było odpędzić się od myśli, jak o wiele fajniej słuchałoby się tego w bardziej kameralnych warunkach. Po prostu niektóre zespoły nie są stworzone do grania dla mas i żadna to wada. Inna sprawa, że tak bardzo już czekałem na APC, że każdy support był tutaj na straconej pozycji.
Na szczęście musiałem czekać nie dłużej niż zgodnie z zapowiedziami, czyli do 21.15. Zaczęli od „Eat The Elephant”, tak jak zresztą na ostatnim albumie. Dość zaskakująco, bo to chyba najspokojniejszy utwór tam zawarty. Nie chcę narzekać, bo to wciąż dość ładny utwór, ale jestem w stanie wyobrazić sobie lepsze otwieracze na koncert APC.
Ale przynajmniej jest czas na przeanalizowanie sytuacji. Na scenie skład znany z fot promocyjnych (bo w wersji studyjnej APC to wciąż duet, o którym za chwilę), z jednym wyjątkiem – w związku z reaktywacją (prawie) oryginalnego składu Smashing Pumpkins, w trasie nie bierze udziału James Iha. Trochę szkoda, bo nigdy nie widziałem Dyń na żywo, więc zawsze to byłaby jakaś namiastka. Ale zastępstwo ma wyborne, bo w postaci Grega Edwardsa – przede wszystkim znanego z Failure, ale dla mnie z kapitalnego i wciąż zbyt niedocenianego Autolux. Po prawej stronie usadowili się liderzy – na froncie Billy Howerdel, a z tyłu, podobnie jak na koncertach Toola na podwyższeniu, Maynard – w żółtym (!) garniturze i w peruce. Te doczepiane włosy, w powszechnej interpretacji, mają wspomóc odróżnieniu APC od Toola, uwypukleniu żeńskiego pierwiastka muzyki APC w kontrze do testosteronowego grania macierzystego zespołu Maynarda. Jak się miało później okazać, tych różnic jest więcej – zaliczyłem kilka koncertów Toola i nigdy nie widziałem Maynarda tak rozgadanego jak wczoraj. Kto by pomyślał, jest zwykłym człowiekiem! A tak serio – były nie tylko podziękowania za przybycie, przedstawienie zespołu, ale nawet sam zaintonował „Happy Birthday” dla obchodzącego urodziny dzień wcześniej Edwardsa (pociągnęliśmy temat swojskim „Sto Lat”, choć mocno niezsynchronizowanym). Nie sprawdzałem czy to reguła na tej trasie, czy był to przypływ spontanu, ale na ostatnim utworze pozwolił w końcu wyciągnąć telefony – jak żyję, chyba nie widziałem tylu telefonów w górze.
No właśnie – jak się okazało, można się bawić na koncercie (i w ogóle gdziekolwiek) bez ciągłego pstrykania i rejestrowania. Co nie zmienia faktu, że wciąż uważam ten zakaz za lekką przesadę i oznakę stetryczałego braku zrozumienia dla nowych czasów, z wszystkimi jego objawami. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś naprawdę angażuje się w koncert/wydarzenie, to nie sięga po telefon – więc ty, Drogi Artysto, powinieneś sam się tak zaangażować w koncert i dać z siebie wszystko, by i fan twój się zaangażował. Dla porównania – Slayer zakazu nie wprowadzał, a i tak tych telefonów w górze było niewiele. Oczywiście co zespół to inny rodzaj fana, no ale o ile nie grasz muzyki która wymaga Mroku Totalnego, to trudno mi sobie wyobrazić by te kilkadziesiąt nawet telefonów w górze miało stanowić ĄŻ TAKI problem (chociaż nie grałem dla setek czy tysięcy fanów, więc może nie powinienem się wypowiadać). Całe szczęście, że wzorem Jacka White’a nie kazali pakować telefonów w jakieś opancerzone kondomy… Inna sprawa, że w kwestii wizualnej nie było za bardzo czego rejestrować. Ot, lasery i wiszące pionowe ekrany,a w tle podświetlone logo zespołu. Fajnie to budowało klimat, tyle że różnorodności nie było w tym wielkiej.
Chyba w tym wszystkim zapomniałem o setliście napisać. Przeważały, choć na szczęście nie dominujące, rzeczy najświeższe, z potężnym „The Doomed” na czele. Co ciekawe, zabrakło singlowego „So Long, And Thanks For All The Fish” – fakt, brzmieniowo najbardziej się wyróżnia na płycie, ale chyba nie aż tak by nie dało się go odegrać na żywo? Zwłaszcza że poradzili sobie np. z industralnym „Counting Bodies Like Sheep To The Rhytm of The War Drums” – niespodziewanie najlepszy jak dla mnie moment koncertu. W przypadku delikatnego, pełnego smyków „3 Libras” posłużyli się fortelem w postaci odegrania znacznie mocniejszej wersji All Main Courses Mix. Nie ukrywam, chyba moje największe rozczarowanie wczoraj. A gdyby narzekać dalej – szkoda, że z coverowego albumu wybrali dwie najsłabsze przeróbki, nieprzypadkowo obie zaśpiewane przez Howerdela („People Are People” i „(What’s So Funny 'Bout) Peace, Love and Understanding”). Przy całym podziwie dla talentów kompozytorskich i gitarowych, wokalistą jest co najwyżej średnim. Dedykowany zmarłym ostatnimi laty muzykom (a przede wszystkim Malcolmowi Youngowi) AC/DC’owe „Dog Eat Dog”, dopiero co niedawno wrzucony do sieci, śpiewał już na szczęście Maynard, ale i ten fragment setlisty wydał mi się ciut zbędny. Bo chociaż doczekałem się moich (wciąż) ukochanych „The Package”, „The Noose” czy „The Hollow”, to przecież tyle można było jeszcze odegrać: chociażby „The Outsider” (a był to mój pewniak w setliście), „Passive”, „Orestes” czy „Brena” (chociaż ten ostatni to już dekadę temu wypadł z setlisty koncertowej”. A z coverów – mój ukochany „When The Levee Breaks”… Ale też nie ma co wybrzydzać – dwa dni wcześniej Niemcy nie dostali „Judith”, wciąż najpopularniejszy hit APC.
Dużo powyżej padło epitetów typu „ukochany”, „upragniony” itp itd. Tak, w przypadku tego zespołu, tak bardzo kiedyś ważnego w mym muzycznym świecie, nie wstydzę używać takich słów. Czy wciąż tak ważnego? I czy rzeczywiście udało się odtworzyć TAMTE emocje? Poprzeczka była chyba jednak zawieszona zbyt wysoko. Co nie zmienia faktu, że po tych wszystkich latach, przesłuchanych Milesach Davisach, Bobach Dylanach i Aphex Twinach, uczucie do tego zespołu jest wciąż silniejsze niż być może obiektywnie na to zasługują.
najlepszy moment: COUNTING BODIES LIKE SHEEP TO THE RHYTHM OF THE WAR DRUMS
ocena: nie znajduję obiektywnie powodów by dać mniej niż 9/10, a subietywnie to wiadomo że więcej
