rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2018

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Noel Gallagher’s High Flying Birds, Nick Cave & The Bad Seeds, Arctic Monkeys, Dead Cross, Young Fathers, David Byrne, Depeche Mode, Massive Attack, Little Simz, Kaleo, Gorillaz, Bruno Mars, Trupa Trupa i inni

Jak co roku o tej porze słuchamy dobrej muzyki nad morzem. Tym czerstwym rymem zacznijmy nie mniej czerstwą relację z czterech dni jakie spędziłem na Open’er Festival.

Tu od razu zaznaczę, że w porównaniu z zeszłym rokiem środek ciężkości mojego pobytu na festiwalu przesunął się ze sfery muzycznej ciut bardziej w sferę tzw. towarzyską. Być może to kwestia odrobinę mniej satysfakcjonującego line’upu, a być może konfiguracji personalnej, w każdym razie zobaczyłem mniej koncertów niż pierwotnie zakładałem. Czy żałuję? Chyba jednak nie, bo próba obejrzenia wszystkiego co interesujące mogła by zaowocować wycieńczeniem i odwodnieniem. A młody człowiek nie wielbłąd i napić się z przyjaciółmi musi. Poza tym Open’er stał się festiwalem ze światowego zdarzenia nie tylko za sprawą line-upu, ale także dlatego, że przestał być jedynie zbiorem koncertów, a stał się czterodniowym parkiem nie tylko muzycznej rozrywki, ze spektaklami teatralnymi, kinem, festiwalem foodtrucków, dyskotekami, a nawet – ze względu na pokrywające się terminy – po raz kolejny miejscem gdzie można było na telebimie oglądać Mundial. I chociaż dalej nie do końca rozumiem, po co kupować karnet za pół tysiąca złotych i bawić się na dyskotece Antyradia przy O.N.A., to cieszy taki wachlarz możliwości.

Skupmy się jednak na stricte muzycznej ofercie festiwalu. A właściwie na jej wycinkach, o których poniżej:

Nick Cave & The Bad Seeds – mój najważniejszy punkt festiwalu. Do dziś nie mogę przeżyć że odpuściłem ubiegłoroczny koncert na Torwarze (zwłaszcza że w zgodnej opinii wszystkich był to koncert genialny), więc liczyłem na to że odbiję sobie właśnie na Open’erze. I udało się, chociaż robienie koncertu takiego artysty jak Cave w pełnym słońcu to organizatorski kryminał. Szkoda że były kochanek PJ Harvey nie poszedł śladem swojej ex i nie nalegał na Tent Stage… ale nie ma co rozpamiętywać, bo i tak było przepięknie. Nie będę udawał, że do utworów ze „Skeleton Tree” czy „Push The Sky Away”, które złożyły się na połowę repertuaru, mam taki sam stosunek jak do twórczości z lat 80-tych czy 90-tych. Tyle że absolutnie nie wpłynęło to na moją recepcję koncertu, bo to wciąż utwory potwierdzające witalność Cave’a jako Artysty. Kiedyś usłyszałem mądre zdanie, że po artystach którzy zapisali się twardymi zgłoskami w historii muzyki oczekuje się już tylko, by nowymi albumami nie robili wstydu (patrz Metallica, Pearl Jam czy pewien zespół z Anglii o którym za chwile). To zupełnie nie dotyczy Cave’a – krzywa jakościowa jego dyskografii, nawet jeśli miewa wahania, wciąż utrzymuje się na poziomie zwyczajnie nieosiągalnym dla większość współczesnych twórców. Mistrz. A przy tym, co widać na powyższym zdjęciu, Dyrygent – przy czym jego wyjścia do publiki nie mają absolutnie nic wspólnego z łaskotaniem ego. Reasumując: tegoroczny zwycięzca kategorii „Emocje”. Kiedy poleciał „Into My Arms” czy „Weeping Song” to myślałem że zwariuję. A od kiedy obejrzałem „Krzyk” to marzyłem by usłyszeć „Red Right Hand” na żywo. No i się w końcu udało.

Noel Gallagher’s High Flying Bird – a tutaj akurat timing bardzo dobry. Bo to był świetny koncert na otwarcie festiwalu – słoneczko, piweczko, wylegiwanie się na lazy bagach i dobra brytolska muza. Mały erzac Glastonbury. I chociaż znam takich co lubią solowe dokonania Gallagherów (pozdro Sieciech), to chyba każdy kto zobaczył w lineupie Open’era to nazwisko liczył że w końcu na festiwalu zabrzmią piosenki Oasis. I tak się stało – co więcej, nie tylko te śpiewane pierwotnie przez Noela („sooooooooooooo Sally can waiiiit”), ale i – tu po raz kolejny oczka mi się lekko spociły – „Wonderwall”. I aby brytolskości stało się zadość, na końcu kolejny cover – „All You Need Is Love”, podrabiańców Oasis z Liverpoolu…

Arctic Monkeys – oficjalna gwiazda pierwszego dnia festiwalu. Trzeba podkreślić słowo oficjalna, bo… to nie jest tak, że nie lubię AM. Mega miło słucha się ich singlowych dokonań (zwłaszcza na wysokości poprzedniego albumu), a od kiedy stali się ziomkami Josha Homme’a to naturalnie stali się także moimi ziomkami. Trudno mi się oprzeć jednak wrażeniu, że robi się z nich ważniejszy zespół niż w rzeczywistości są. Nie „lepszy” – bo to kwestia gustu, a trudno polemizować z takimi tłumami jakie zgromadził ich koncert. Ale kiedy wymienia się ich w kontekście „zbawienia rocka” to wierzę że gdzieś na świecie umiera mała panda. I być może ich skądinąd bez zarzutu wykon mógłby rzeczywiście usprawiedliwić ich timeslot, gdyby nie to, że przed nimi zagrał Geniusz. I jak dla mnie zwyczajnie nie sprostali rzuconemu przez niego wyzwaniu. Chcę wierzyć, że jeśli kiedyś (np. Perła Export Open’er 2025) ponownie spotkają się na jednej scenie tego samego dnia, to czas dokona weryfikacji i przywróci Cave’owi należne miejsce. Czyli granie nie wcześniej niż 22.00.

Dead Cross – obstawiam że każdy fan dziwnej muzyki miał nadzieję, że jeszcze kiedyś Mike Patton wróci na Open’era. Zwłaszcza że chłopak tworzy sobie furtki do takiego powrotu niemal nieustannie. No i się w końcu udało – padło na zupełnie nowy twór, Dead Cross. I wprawdzie Alter Stage, na którym się zaprezentował, jest dosyć otwarty na „nieoczywiste” dźwięki, to takiej rzeźni jeszcze Babie Doły nie widziały. Ale to była Dobra Rzeźnia, jakkolwiek to nie brzmi. I chyba tylko fanki aksamitnego wokalu Pattona z „Evidence” Faith No More mogły być rozczarowane. Chociaż Dave Lombardo na perkusji też nie dawał wielu radości tym którzy pokochali go za Slayera, bo to jednak inny vibe był… Tak, ale to był jednak szeroko pojęty metalowy koncert. I chyba panowie mieli tego świadomość, chociaż podchodzą do tej szufladki z dużym dystansem – w pewnym momencie Patton wyłowił z publiki „największego pijanego metalheada”, którego zaprosił na scenę. Po czym kazał mu na klęcząco robić headbanging i gdy ten posłusznie wykonywał swe zadanie, Patton postanowił metalowca… ujechać. W Stanach Zjednoczonych pewnie by to nie uszło, na szczęście żyjemy w liberalnej Polsce, gdzie można wszystko…

Young Fathers, Yonaka – czarne konie festiwalu. Energia, kunszt, interakcja. O taką muzykę walczyłem, zwłaszcza na festiwalach! Nie chcę udawać że jestem obeznany w twórczości obu, poza tym nie widziałem całych koncertów więc lecimy dalej.

David Byrne – najchętniej bym ten akapit ominął i udał że się nic nie stało. Ale chcę być z Wami uczciwy. Dałem ciała i być może ominął mnie Najlepszy Koncert Festiwalu. To jest ta sytuacja, kiedy aspekt muzyczny powinien wygrać z towarzyskim, bo inaczej będzie cię żal zżerał do końca życia. Nie ma sensu się tłumaczyć tym, że oglądanie koncertu na telebimie to jednak nie to samo co w Tencie, zwłaszcza że nie był on aż tak nabity ludźmi by nie pomieścił jeszcze jednej osoby. No nic, mogę się tylko pocieszać że nie był to koncert reaktywowanego Talking Heads. Ale to bardzo debilne tłumaczenie.

Depeche Mode – well… na pewno to najbardziej kontrowersyjny moment festiwalu. Przede wszystkim szokiem było samo zaproszenie Depeszy do Gdyni. Nie jestem aż takim ekspertem, ale wydawało mi się że ten zespół raczej nie gra festiwali. Chyba że się im odmieniło? Anyway, jako człowiek który wychował się na piosenkach Gore’a i spółki nie mogłem sobie odpuścić tego koncertu, nawet jeśli ubiegłoroczny występ w Warszawie mógłby w pełni mi wystarczyć. Ale skoro karnet jest na 4 dni… I nie żałuję że obejrzałem ten koncert w całości. Obejrzałem i wysłuchałem, bo jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która ocenia nagłośnienie koncertu pozytywnie. A chyba jeszcze nie ogłuchłem. I zarówno moje oczy jak i uszy dostały dokładnie tego co oczekiwały. Zacznę od mniej palącej kwestii, czyli fonii. Nie ma co się oszukiwać, że ostatni naprawdę słuchalny w całości materiał ten zespół stworzył jakieś 20 lat temu. I oni mają tego doskonałą świadomość. I tak jak jeszcze rok temu na Narodowym próbowali promować „Spirit” (akurat odrobinę lepszy album na tle popisów z ostatnich lat), tak w Gdyni skwapliwie skorzystali z formuły festiwalowej i ograniczyli się do promowania Best Of. Parafrazując Mirka Trzeciaka – tak, Depeche Mode to wypalony zespół, wręcz do cna. I nie wiem czy nawet powrót Alana Wildera mógłby coś w tej materii zmienić. Ale naprawdę trudno jest mi narzekać, kiedy właśnie szarpie mi struny emocjonalne „Stripped” czy „In Your Room”. I ciężko mi narzekać na to, że nie ma w tym krzty improwizacji, prawdziwie koncertowego szaleństwa. Czy chciałbym usłyszeć „Enjoy The Silence” w wersji reggae? Abstrahując od mojej nienawiści do reggae – nie, nie chciałbym. I wiem że jestem hipokrytą dissując AC/DC z dokładnie tych samych powodów- ale ja tam się bawiłem dobrze i nic mnie więcej nie obchodzi, bo przecież piszę tylko na bloga a nie do Wyborczej. I dla mnie Gahan, jeśli naprawdę musi, to niech chwyta się za jaja. Myślisz że to żenujący rockizm, a może jego naprawdę coś swędziało?

Massive Attack – największe zaskoczenie. Myślałem że zespół, który także najlepsze lata ma ewidentnie za sobą, na dodatek przyjeżdza do Polski częściej niż Scorpionsi, raczej nie jest w stanie zaprezentować coś więcej niż odgrzewany triphopowy kotlet. I nawet jeśli składniki tego kotleta doskonale znamy, to doprawiony był on naprawdę odświeżający sposób. Być może także do nich napisał Wałęsa, ale za sprawą wizualizacji, pełnej Pisowych czy nawet Korwinowych logotypów i haseł rodem z Wiadomości całość nabrała ewidentnie politykującego wymiaru. I ja to kupuję, chociaż nigdy nie pomyślałbym że utwory z „Mezzanine” czy „Blue Lines” mogą mieć w sobie cokolwiek politycznego. Ale też i sama muzyka, mimo iż trip hop is dawno dead, wciąż brzmi intrygującą. Nawet kończący bisy „Unfinished Sympathy”, mimo iż pewnie dla większości festiwalowiczów to ten „numer z dziwnym teledyskiem z początku lat 90tych”. Szkoda że nie śpiewany przez Sharę Nelson… Na szczęście Horacy Andy wciąż na posterunku – „Angel” w jego wykonaniu będzie mnie rozkładał na łopatki też za kolejne 20 lat. Miłym akcentem był też gościnny występ Young Fathers w „Voodoo In My Blood”, zresztą śpiewany przez nich także w oryginale. I za takie featuringi lubię festiwale.

Gorillaz – zacznę najpierw jak typowy fanboy: Damon Albarn <3 Mega lubię typa i nic na to nie poradzę, a przede wszystkim mega szanuję. Bo przecież sytuacja idealna do odwalenia pańszczyzny: masz zespół, który w świadomości większości słuchaczy funkcjonuje jako muzyczny komiks. Niby ukrywasz prawdziwą tożsamość, więc mógłbyś po prostu puścić w trasę telebimy z wizualizacjami i dołożyć do tego przypadkowych muzyków plumkających w tle. A tymczasem facet rezygnuje niemal całkowicie z rysunkowego anturażu (przez cały koncert spamiętałem jedną animację z telebimu) i bierze z sobą całą orkiestrę. Co więcej, mimo wokalu brzmiącego jak wieczne przemęczenie, to widać że naprawdę cieszysz się tym graniem, materiał studyjny traktując głównie jako punkt wyjścia. Jedna wielka impreza, pod sceną i na scenie. Plus gościnny udział Little Simz. Pełna satysfakcja.

A skoro mowa o Little Simz – cieszę się że znów dane mi było zobaczyć ją koncertowo, bo przyznam że kiedy grała jakiś czas temu w Miłości Kredytowej to byłem raczej zielony w temacie. Teraz wiedziałem czego mogę oczekiwać i otrzymałem jeszcze więcej. Energia, energia, energia, chociaż już w Miłości ludzie w przypływie muzycznej adrenaliny chodzili po suficie (którego zresztą tam nie ma). Widać że dziewczyna jest na fali wznoszącej, artystycznie i komercyjnie. Dla mnie zdecydowanie rapowy koncert festiwalu.

Bo wciąż się zastanawiam – czy gdyby nie status komercyjny, to ktoś o zdrowych zmysłach zaprosiłby Taconafide na Main Stage? Nie chcę hejtować tego projektu, bo robi to już tyle osób że aż nudne, no ale właśnie – dwóch kolesi o średnio wybitnych skillach rapujących do podkładów z laptopa to naprawdę mało ciekawa opcja na największą scenę po północy. No ale może się nie znam.

Co innego koncert Bruno Marsa – pomijając 2-3 piosenki (z czego jedna to „Uptown Funk” autorstwa Marka Ronsona) typ raczej asłuchalny (serio, próbowałem jeszcze przed samym koncertem), a jednak wycisnął z tych swoich zerowych piosenek całkiem niezłe show i to nie tylko wizualnie, ale muzycznie. Może nie na całe półtorej godziny, ale co widziałem to szanuję.

Tyle. W powyższym brakuje Kaleo i Trupa Trupa. Tyle że pierwsi przelecieli jednym uchem i wypadli drugim, a o TT ciężko mi się w pełni obiektywnie wypowiadać – chociaż wierzę że ci co byli na koncercie to WIEDZĄ.

Zamiast bawić się w podsumowania (bo i tak już wyszło przydługawo) – kredyt zaufania spłacony, widzimy się na imprezie Alter Artu za rok.

najlepszy moment: chyba jednak to nieszczęsne Wonderwall

Ocena, aka Jak Się Bawiłem Na Poszczególnych Koncertach:

Noel Gallagher’s High Flying Birds – 7,25/10

Nick Cave & The Bad Seeds – 9/10

Arctic Monkeys – 7/10

Dead Cross – 8,25/10

Depeche Mode – 8/10

Massive Attack – 8,5/10

Little Simz – 7,75/10

Young Fathers – 7,5/10

Gorillaz – 8,5/10

Bruno Mars – 7,25/10

Kaleo – 6,5/10

Leave a Reply